sobota, 17 grudnia 2016

Rozdział 22



22. Koniec Zielonej Czarownicy

 Próbowała go odciągnąć, ale Edmund siedział bez ruchu. Sama nie mogła nic zrobić. Wszędzie była wroga armia.
Cholera. Ava wiedziała, że długo nie da rady. Już kończyły się jej strzały. Edmund nic nie robił sobie z zagrożenia. Wpadł w ten dziwny stan żałoby, kiedy człowiek uznaje, że nic nie ma sensu i że on też powinien umrzeć, bo tak mu serce podpowiada. Uważała to za głupotę. Sama straciła wiele ważnych osób w jej stosunkowo krótkim życiu, ale nigdy nie myślała w taki sam sposób jak on. Po prostu nie potrafiła tego pojąć.
Kopnęła chłopaka by się otrząsnął. Chyba podziałało.
Edmund popatrzył na nią zdziwiony.
– Ava...
– Co wy wyprawiacie?! – Piotr pojawił się za nimi. Chwycił ich za ramiona i zaciągnął w bezpieczniejsze miejsce.
Ukryli się między skrzyniami, które nie zostały jeszcze zniszczone w czasie walki.
– Co wy wyprawiacie?! – Piotr ponowił pytanie. Był jeszcze bardziej poirytowany. Wpatrywał się raz w Avę, a raz w Edmunda. Młodszy Pevensie pobladł jeszcze bardziej, nie odpowiedział na pytanie, ale popatrzył na Archenlandkę prosząco. Chciał by to ona mówiła. Była bardziej opanowana niż on. Mogła mówić w przeciwieństwie do niego. Avalon wzięła głęboki oddech.
– Liliana... Ona... – Było jej ciężko cokolwiek wydusić z siebie. Jąkała się, ale na szczęście Piotr zrozumiał natychmiast. Wspaniały zacisnął usta.
– Nie mamy na to czasu, wstań i walcz. Wiem, że ci się uda. Edmund, proszę... Nie chcę stracić rodziny, tak jak to miało miejsce w Złotym Wieku.
Ava popatrzyła na niego, unosząc brew. Widząc jej minę, zrozumiał, że nie należało tego mówić. Powinien był trzymać język za zębami. Choć pewnie i tak dziewczyna wiedziała już o wszystkim.
– Porozmawiamy o tym co powiedziałeś później, a teraz nie marnujmy czasu – fuknęła Ava, wstając szybko. – Hmm... O Sarze mi wspominałeś, ale o Gwen już nie... – mruknęła pod nosem na odchodne.

Regin stał jeszcze chwilę i patrzył w stronę, w którą pojechał nieznajomy. Czuł się dość dziwnie. Miał wrażenie, że dalej jest czerwony. Uśmiechał się sam do siebie z niewiadomego powodu.
Po chwili usłyszał szelest, wyjął miecz i rozejrzał się. Zza krzaków wypadł starszy brat Reyosa. Nie zdążył bezpiecznie dotrzeć do kryjówki. Był cały we krwi. Regin przeraził się trochę i cofnął się. Bał się, że ktoś mógł go śledzić, więc popędził do kryjówki.
Odkrył gałęzie i zapukał w drzwi. Przez małą szczelinę dostrzegł bystre oko Reyosa. Chłopak otworzył mu drzwi i pociągnął do środka, a potem zaryglował drzwi ponownie.
– Uf... Już się bałem, że nas znaleźli – westchnął Reyos, opierając się o drzwi.
– Też się martwiłem, nic wam nie jest? – Rozejrzał się po pomieszczeniu. Po chwili uśmiechnął się do Savannah. – O, jak miło, że twojej dziewczynie też nic nie jest.
– To nie jest...  – zaczął Reyos, który zrobił się czerwony tak, jak tego dnia gdy dziewczyna do niego przyszła.
– Reyos, przestań. To bez sensu, wydało się – powiedziała Savannah z powagą w głosie. Wstała z ziemi i podeszła do chłopaka. – Prawda jest taka, że... Jesteśmy razem! Kochamy się i planujemy już ślub!
Florence opadła szczęka, ale mimo to była szczęśliwa, natomiast Mira i Ines zrobiły wielkie oczy, a Regin uśmiechnął się promiennie i klasnął w dłonie.
– Ty i ona... – Mira popatrzyła na nich zdezorientowana. Westchnęła i popatrzyła na Regina. – Dobrze, że przynajmniej twój kolega też jest słodki.
– On nie... Bo widzisz, Regin jest... – zaczął Reyos i po chwili spotkał się z piorunującym spojrzeniem kolegi.
– Rey! Nie powinieneś tyle gadać.
– I vice versa – mruknął chłopak pod nosem.
– Nie zajmujmy się tym teraz. Chcemy wam to wszystko wyjaśnić... Jesteśmy ze sobą od roku. Ukrywaliśmy to przed wami, bo się baliśmy – powiedziała, a może raczej skłamała, Savannah. Reyos był pod wrażeniem jej umiejętności aktorskich. – Ja wiem, co mój kochanek obiecał, ale nie mogę na to pozwolić. Boli mnie serce kiedy o tym myślę i...
– Czekaj! Nie chcę rozdzielać waszej miłości! – wyrwała się Mira, prawie płacząc. – Macie moje błogosławieństwo! Ja nie chcę się w to mieszać. Poważnie! Życzę wam szczęścia i gromadki dzieci!
– Wystarczy jedno. – Savannah uśmiechnęła się krzywo, zadowolona ze swojej roboty.

Tymczasem wojna trwała. Ginęli kolejni rycerze, a czasem nawet cywile, którzy nie zdążyli się ukryć lub byli zbyt ciekawscy.
Edmund już na nich nie patrzył. Po prostu walczył, tak jak radziła mu Avalon. Był jej wdzięczny, ale nie mógł zachować całkowitego spokoju. Jedyne czego pragnął to zemsta. Pragnął spotkać Zieloną Czarownicę i pokazać jej, jak walczy prawdziwy król, jednak to nie jemu przypadł ten zaszczyt, a jego starszej siostrze – Zuzannie.
Dziewczyna pewnie trzymała napięty łuk. Była to jej ostatnia strzała. Na czarownicy jednak nie robiło to wrażenia. Stała z uśmiechem mówiącym: „Na co czekasz? Strzelaj! Ja i tak nie umrę!”. Zuzanna doskonale to widziała, ale mimo to nie potrafiła odpuścić.
Jej ręce nie drżały, była opanowana. W końcu strzeliła, ale spostrzegła, że to na nic. Strzała odbiła się od Czarownicy i leciała w jej stronę. Zapewne gdyby nie Piotr i Ava, którzy odciągnęli ją za drzewo, byłoby już po niej.
Czarownica nic sobie nie robiła z ich obecności.
– I tak mnie nie powstrzymacie, jest już za późno. Nie macie klucza do mej śmierci, do odczynienia mich uroków. Wasze starania są a nic – powiedziała z uśmiechem kobieta.
– Jeszcze się przekonamy – warknął Piotr.
– Pewnie zwiejecie jak tchórze. Nie byliście gotowi by rządzić Narnią, kiedy zbliżały się jej mroczne czasy, wy uciekliście. Myślisz, że tego nie wiem?
– Głupie babsko – mruknęła Ava. – Nie mieli wyboru, poza tym i tak musieliby kiedyś wrócić, a ich panowanie uznawane było za Złoty Wiek. Chyba słabo czytałaś kroniki.
– Znam je doskonale.
– Och, czyżby? Zresztą, nie będę się kłóciła. To nie czas na babskie przepychanki.
– W zupełności się z tobą zgadzam dziewczyno. W zupełności...

Ines podniosła głowę. Uśmiechnęła się radośnie, słysząc ryk dobiegający z lasu.
Aslan. Aslan po nią przybył. Inni też słyszeli jego ryk. Przybył by powiedzieć, że jej czas dobiegł końca. Czuła się dobrze z tą myślą. W końcu odpocznie od chaosu tego świata.
Czuła jak bicie jej serca przyspiesza. Wstała powoli.
– Już czas. Muszę iść i zakończyć tę wojnę – powiedziała Ines. Spoczęły na niej pytające spojrzenia. – Co tak... Ach... Wy nie wiecie, racja... To długa historia, a my nie mamy czasu. Miło było was poznać.
Podeszła do drzwi i otworzyła je. W płuca wzięła głęboki oddech. Za nią głowę wychyliła reszta. Wszyscy zamarli widząc Aslana w blasku Słońca.
– Aslanie... Czy to już mój czas? – spytała z ekscytacją. Lew kiwną łbem.
– Nie boisz się, prawda? – spytał spokojnym głosem, który ukoił wszystkich.
– Nie, nie lękam się, Aslanie – odparła pewnie i podeszła do Wielkiego Lwa. – Ruszajmy.
– Co się dziwię, nie jest przecież nawet w połowie tak potężna jak wspaniała Jadis. – Lew ponownie kiwnął łbem i razem z Ines u boku ruszyli za spotkanie z Zieloną Czarownicą. Reszta szła w bezpiecznej odległości za nimi. Wtem, Reyos kątem oka dostrzegł swojego martwego brata. Kiwną jedynie głową by wyrazić szacunek i poszedł dalej, trzymając Savannah za rękę.

– Aż mi was szkoda się robi – śmiała się Czarownica, poprawiając włosy.
– Nie bądź taka pewna, wiemy więcej niż ty – prychnęła Zuzanna, prostując się.
– Hahaha! Głupcy! Lennox wszystkiego dopilnował, ten głupiec naprawdę wierzy, że obejmie władzę! Hahaha!
– Głupiec? – Z jej plecami stał Lennox. Przyłożył jej miecz do gardła. – Wiem, że w ten sposób cię nie powstrzymam, ale chyba słyszałaś ten ryk, prawda?
– Aslan sam nic nie wskóra, synku. – Uśmiechnęła się. – Nie wie gdzie jest In... Jesteś z... Powiedziałeś im...
– Nawet więcej. Przygotuj się na swoją klęskę, matko.
Po chwili zza krzaków wyłoniła się Ines z Aslanem u boku. Trzymała w dłoni złoty sztylet.
– Matko, przyjaciele... Żegnajcie... – odparła i z uśmiechem pchnęła sztyletem w swą krtań. Nie popłynęła krew. Dziewczyna zaczęła zmieniać się w pył, podobnie jak jej matka. Wszyscy patrzyli na to oszołomieni. Wszyscy patrzyli na koniec linii czarownic.

To był koniec. Wężo–ludzie zostali odczarowani. Nie wiedzieli co się dzieje. Część z zabitych rycerzy powstała. Liliana otworzyła oczy, miecz wbity w nią rozpłynął się, ledwo dychający wcześniej Armin wziął głęboki oddech. Był tuż przy Lilianie, więc po chwili oszołomienia, pomógł jej wstać.
– Czy to... Czy to koniec? – spytał. Dziewczyna uśmiechnęła się.
– Na to wygląda. Znowu się udało.
– Nie mogę uwierzyć, że uczestniczyłem w czymś takim... Florence będzie dumna. W sumie Savannah i Reyos też, ale wiesz...
– Kochasz ją, co? – uśmiechnęła się. – Oświadczyłeś się już jej?
– Co?! O czym my rozmawiamy? Powinniśmy zobaczyć gdzie resz...
– Liliana! – krzyknął Edmund i rzuciła się na Lili z objęciami. Wszystko skończyło się dobrze. Damien popatrzył na nich, a potem na proch, który został po Ines.
– Dziękuję... – szepnął do siebie.

Po wszystkim odbył się bal, na którym świetnie się bawili. Potem zostali w Narnii, gdzie żyli ze sobą w zgodzie przez wiele lat. Edmund i Liliana doczekali się trojaczków, dwóch cudownych córek i jednego diabła wcielonego, któremu dali na imię Angel. Ale nie tylko oni mieli dzieci. Savannah i Reyos doczekali się córki, podobnie jak Piotr i Avalon. Rilian ożenił się z Mirą, która pod upływem czasu stała się dojrzałą kobietą. Cyntia w końcu zaakceptowała Lennoxa i mieli syna, podobnie jak Armin i Florence. Natomiast Damien i Regin, otworzyli sierociniec.
I tak spokojnie żyli przez wiele lat. A dokładniej, przez 15, potem wydarzyło się coś co wstrząsnęło Narnią.
KONIEC


Oesu... Koniec.
Czy będzie trzecia cześć to zależy od wielu czynników, jeżeli już ma być to na pewno  nie na tym blogasku i nie sama. chyba *pytający wzok*
To ten!
Do zobaczenia!
(Nie mogę się rozpisywać, bo zaraz mnie Ola zamorduje :x)

Zjaweła
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

.
.
.
.
.
.
template by oreuis