sobota, 17 grudnia 2016

Rozdział 22



22. Koniec Zielonej Czarownicy

 Próbowała go odciągnąć, ale Edmund siedział bez ruchu. Sama nie mogła nic zrobić. Wszędzie była wroga armia.
Cholera. Ava wiedziała, że długo nie da rady. Już kończyły się jej strzały. Edmund nic nie robił sobie z zagrożenia. Wpadł w ten dziwny stan żałoby, kiedy człowiek uznaje, że nic nie ma sensu i że on też powinien umrzeć, bo tak mu serce podpowiada. Uważała to za głupotę. Sama straciła wiele ważnych osób w jej stosunkowo krótkim życiu, ale nigdy nie myślała w taki sam sposób jak on. Po prostu nie potrafiła tego pojąć.
Kopnęła chłopaka by się otrząsnął. Chyba podziałało.
Edmund popatrzył na nią zdziwiony.
– Ava...
– Co wy wyprawiacie?! – Piotr pojawił się za nimi. Chwycił ich za ramiona i zaciągnął w bezpieczniejsze miejsce.
Ukryli się między skrzyniami, które nie zostały jeszcze zniszczone w czasie walki.
– Co wy wyprawiacie?! – Piotr ponowił pytanie. Był jeszcze bardziej poirytowany. Wpatrywał się raz w Avę, a raz w Edmunda. Młodszy Pevensie pobladł jeszcze bardziej, nie odpowiedział na pytanie, ale popatrzył na Archenlandkę prosząco. Chciał by to ona mówiła. Była bardziej opanowana niż on. Mogła mówić w przeciwieństwie do niego. Avalon wzięła głęboki oddech.
– Liliana... Ona... – Było jej ciężko cokolwiek wydusić z siebie. Jąkała się, ale na szczęście Piotr zrozumiał natychmiast. Wspaniały zacisnął usta.
– Nie mamy na to czasu, wstań i walcz. Wiem, że ci się uda. Edmund, proszę... Nie chcę stracić rodziny, tak jak to miało miejsce w Złotym Wieku.
Ava popatrzyła na niego, unosząc brew. Widząc jej minę, zrozumiał, że nie należało tego mówić. Powinien był trzymać język za zębami. Choć pewnie i tak dziewczyna wiedziała już o wszystkim.
– Porozmawiamy o tym co powiedziałeś później, a teraz nie marnujmy czasu – fuknęła Ava, wstając szybko. – Hmm... O Sarze mi wspominałeś, ale o Gwen już nie... – mruknęła pod nosem na odchodne.

Regin stał jeszcze chwilę i patrzył w stronę, w którą pojechał nieznajomy. Czuł się dość dziwnie. Miał wrażenie, że dalej jest czerwony. Uśmiechał się sam do siebie z niewiadomego powodu.
Po chwili usłyszał szelest, wyjął miecz i rozejrzał się. Zza krzaków wypadł starszy brat Reyosa. Nie zdążył bezpiecznie dotrzeć do kryjówki. Był cały we krwi. Regin przeraził się trochę i cofnął się. Bał się, że ktoś mógł go śledzić, więc popędził do kryjówki.
Odkrył gałęzie i zapukał w drzwi. Przez małą szczelinę dostrzegł bystre oko Reyosa. Chłopak otworzył mu drzwi i pociągnął do środka, a potem zaryglował drzwi ponownie.
– Uf... Już się bałem, że nas znaleźli – westchnął Reyos, opierając się o drzwi.
– Też się martwiłem, nic wam nie jest? – Rozejrzał się po pomieszczeniu. Po chwili uśmiechnął się do Savannah. – O, jak miło, że twojej dziewczynie też nic nie jest.
– To nie jest...  – zaczął Reyos, który zrobił się czerwony tak, jak tego dnia gdy dziewczyna do niego przyszła.
– Reyos, przestań. To bez sensu, wydało się – powiedziała Savannah z powagą w głosie. Wstała z ziemi i podeszła do chłopaka. – Prawda jest taka, że... Jesteśmy razem! Kochamy się i planujemy już ślub!
Florence opadła szczęka, ale mimo to była szczęśliwa, natomiast Mira i Ines zrobiły wielkie oczy, a Regin uśmiechnął się promiennie i klasnął w dłonie.
– Ty i ona... – Mira popatrzyła na nich zdezorientowana. Westchnęła i popatrzyła na Regina. – Dobrze, że przynajmniej twój kolega też jest słodki.
– On nie... Bo widzisz, Regin jest... – zaczął Reyos i po chwili spotkał się z piorunującym spojrzeniem kolegi.
– Rey! Nie powinieneś tyle gadać.
– I vice versa – mruknął chłopak pod nosem.
– Nie zajmujmy się tym teraz. Chcemy wam to wszystko wyjaśnić... Jesteśmy ze sobą od roku. Ukrywaliśmy to przed wami, bo się baliśmy – powiedziała, a może raczej skłamała, Savannah. Reyos był pod wrażeniem jej umiejętności aktorskich. – Ja wiem, co mój kochanek obiecał, ale nie mogę na to pozwolić. Boli mnie serce kiedy o tym myślę i...
– Czekaj! Nie chcę rozdzielać waszej miłości! – wyrwała się Mira, prawie płacząc. – Macie moje błogosławieństwo! Ja nie chcę się w to mieszać. Poważnie! Życzę wam szczęścia i gromadki dzieci!
– Wystarczy jedno. – Savannah uśmiechnęła się krzywo, zadowolona ze swojej roboty.

Tymczasem wojna trwała. Ginęli kolejni rycerze, a czasem nawet cywile, którzy nie zdążyli się ukryć lub byli zbyt ciekawscy.
Edmund już na nich nie patrzył. Po prostu walczył, tak jak radziła mu Avalon. Był jej wdzięczny, ale nie mógł zachować całkowitego spokoju. Jedyne czego pragnął to zemsta. Pragnął spotkać Zieloną Czarownicę i pokazać jej, jak walczy prawdziwy król, jednak to nie jemu przypadł ten zaszczyt, a jego starszej siostrze – Zuzannie.
Dziewczyna pewnie trzymała napięty łuk. Była to jej ostatnia strzała. Na czarownicy jednak nie robiło to wrażenia. Stała z uśmiechem mówiącym: „Na co czekasz? Strzelaj! Ja i tak nie umrę!”. Zuzanna doskonale to widziała, ale mimo to nie potrafiła odpuścić.
Jej ręce nie drżały, była opanowana. W końcu strzeliła, ale spostrzegła, że to na nic. Strzała odbiła się od Czarownicy i leciała w jej stronę. Zapewne gdyby nie Piotr i Ava, którzy odciągnęli ją za drzewo, byłoby już po niej.
Czarownica nic sobie nie robiła z ich obecności.
– I tak mnie nie powstrzymacie, jest już za późno. Nie macie klucza do mej śmierci, do odczynienia mich uroków. Wasze starania są a nic – powiedziała z uśmiechem kobieta.
– Jeszcze się przekonamy – warknął Piotr.
– Pewnie zwiejecie jak tchórze. Nie byliście gotowi by rządzić Narnią, kiedy zbliżały się jej mroczne czasy, wy uciekliście. Myślisz, że tego nie wiem?
– Głupie babsko – mruknęła Ava. – Nie mieli wyboru, poza tym i tak musieliby kiedyś wrócić, a ich panowanie uznawane było za Złoty Wiek. Chyba słabo czytałaś kroniki.
– Znam je doskonale.
– Och, czyżby? Zresztą, nie będę się kłóciła. To nie czas na babskie przepychanki.
– W zupełności się z tobą zgadzam dziewczyno. W zupełności...

Ines podniosła głowę. Uśmiechnęła się radośnie, słysząc ryk dobiegający z lasu.
Aslan. Aslan po nią przybył. Inni też słyszeli jego ryk. Przybył by powiedzieć, że jej czas dobiegł końca. Czuła się dobrze z tą myślą. W końcu odpocznie od chaosu tego świata.
Czuła jak bicie jej serca przyspiesza. Wstała powoli.
– Już czas. Muszę iść i zakończyć tę wojnę – powiedziała Ines. Spoczęły na niej pytające spojrzenia. – Co tak... Ach... Wy nie wiecie, racja... To długa historia, a my nie mamy czasu. Miło było was poznać.
Podeszła do drzwi i otworzyła je. W płuca wzięła głęboki oddech. Za nią głowę wychyliła reszta. Wszyscy zamarli widząc Aslana w blasku Słońca.
– Aslanie... Czy to już mój czas? – spytała z ekscytacją. Lew kiwną łbem.
– Nie boisz się, prawda? – spytał spokojnym głosem, który ukoił wszystkich.
– Nie, nie lękam się, Aslanie – odparła pewnie i podeszła do Wielkiego Lwa. – Ruszajmy.
– Co się dziwię, nie jest przecież nawet w połowie tak potężna jak wspaniała Jadis. – Lew ponownie kiwnął łbem i razem z Ines u boku ruszyli za spotkanie z Zieloną Czarownicą. Reszta szła w bezpiecznej odległości za nimi. Wtem, Reyos kątem oka dostrzegł swojego martwego brata. Kiwną jedynie głową by wyrazić szacunek i poszedł dalej, trzymając Savannah za rękę.

– Aż mi was szkoda się robi – śmiała się Czarownica, poprawiając włosy.
– Nie bądź taka pewna, wiemy więcej niż ty – prychnęła Zuzanna, prostując się.
– Hahaha! Głupcy! Lennox wszystkiego dopilnował, ten głupiec naprawdę wierzy, że obejmie władzę! Hahaha!
– Głupiec? – Z jej plecami stał Lennox. Przyłożył jej miecz do gardła. – Wiem, że w ten sposób cię nie powstrzymam, ale chyba słyszałaś ten ryk, prawda?
– Aslan sam nic nie wskóra, synku. – Uśmiechnęła się. – Nie wie gdzie jest In... Jesteś z... Powiedziałeś im...
– Nawet więcej. Przygotuj się na swoją klęskę, matko.
Po chwili zza krzaków wyłoniła się Ines z Aslanem u boku. Trzymała w dłoni złoty sztylet.
– Matko, przyjaciele... Żegnajcie... – odparła i z uśmiechem pchnęła sztyletem w swą krtań. Nie popłynęła krew. Dziewczyna zaczęła zmieniać się w pył, podobnie jak jej matka. Wszyscy patrzyli na to oszołomieni. Wszyscy patrzyli na koniec linii czarownic.

To był koniec. Wężo–ludzie zostali odczarowani. Nie wiedzieli co się dzieje. Część z zabitych rycerzy powstała. Liliana otworzyła oczy, miecz wbity w nią rozpłynął się, ledwo dychający wcześniej Armin wziął głęboki oddech. Był tuż przy Lilianie, więc po chwili oszołomienia, pomógł jej wstać.
– Czy to... Czy to koniec? – spytał. Dziewczyna uśmiechnęła się.
– Na to wygląda. Znowu się udało.
– Nie mogę uwierzyć, że uczestniczyłem w czymś takim... Florence będzie dumna. W sumie Savannah i Reyos też, ale wiesz...
– Kochasz ją, co? – uśmiechnęła się. – Oświadczyłeś się już jej?
– Co?! O czym my rozmawiamy? Powinniśmy zobaczyć gdzie resz...
– Liliana! – krzyknął Edmund i rzuciła się na Lili z objęciami. Wszystko skończyło się dobrze. Damien popatrzył na nich, a potem na proch, który został po Ines.
– Dziękuję... – szepnął do siebie.

Po wszystkim odbył się bal, na którym świetnie się bawili. Potem zostali w Narnii, gdzie żyli ze sobą w zgodzie przez wiele lat. Edmund i Liliana doczekali się trojaczków, dwóch cudownych córek i jednego diabła wcielonego, któremu dali na imię Angel. Ale nie tylko oni mieli dzieci. Savannah i Reyos doczekali się córki, podobnie jak Piotr i Avalon. Rilian ożenił się z Mirą, która pod upływem czasu stała się dojrzałą kobietą. Cyntia w końcu zaakceptowała Lennoxa i mieli syna, podobnie jak Armin i Florence. Natomiast Damien i Regin, otworzyli sierociniec.
I tak spokojnie żyli przez wiele lat. A dokładniej, przez 15, potem wydarzyło się coś co wstrząsnęło Narnią.
KONIEC


Oesu... Koniec.
Czy będzie trzecia cześć to zależy od wielu czynników, jeżeli już ma być to na pewno  nie na tym blogasku i nie sama. chyba *pytający wzok*
To ten!
Do zobaczenia!
(Nie mogę się rozpisywać, bo zaraz mnie Ola zamorduje :x)

Zjaweła
 

sobota, 3 grudnia 2016

Rozdział 21



22. Na pomoc Narnii


Siedzieli w zamyśleni, czekając na pomoc. Byli zdenerwowani tym wszystkim. Cyntia i Damien trzymali Edmunda, by ten w złości nie wyważył drzwi. Piotr dyskutował o przebiegu bitwy ze swoją siostrą, Zuzanną, Rilianem i Avalon. Natomiast Łucja bawiła się świetnie, podrywając Reyosa i Armina, czym doprowadzała Savannah i Florence do szaleństwa. Ta pierwsza nie dawała tego po sobie poznać, ale ta druga robiła wszystko by pokazać młodszej Pevensie, że Armin jest jej.
Wtem drzwi pomieszczenia otworzyły się wolno. Wężo–człowiek wprowadził do pokoju młodą, ładną dziewczynę o jasnych włosach i wskazał na Reyosa, po czym powiedział:
– Poczekaj tu z nimi, Miro. Zaraz przyjdę – rzekł i popatrzył na córkę.
– Słodki jest – odparła dziewczyna, na co wężo–człowiek uśmiechnął się.
– Wiedziałem, że ci się spodoba. – Wyszedł i zamykał za sobą wolno drzwi.
Gdy Reyos zorientował się co się stało popatrzył na Savannah, potem na Mirę, a na końcu w stronę zamykających się drzwi.
– Czekaj! – krzyknął chłopak, ale drzwi już się zamknęły. – Ja nie lubię blondynek! I ma za długie włosy! Ja się nie zgadzam! Wolę wysokie i ogóle to wygląda na miła, a ja nie lubię miłych! Nawet imię ma nie taki! Lubię imienia na literę „S”! Savannah, Sevilla... Coś takiego, a nie jakaś Mira! Sava, Flore, Armin! Pomóżcie! No ej! Ja nie chcę mieć takiej żony... Ja nie chcę mieć z nią dzieci...
– Haha! Zabawny jesteś! Będziemy mieć dwóch synów! Mam już nawet wymyślone imiona – powiedziała radośnie Mira, podchodząc do Reyosa.
– Nie! Ja będę miał córkę i na pewno nie z tobą! I będzie miała na imię Sevilla, ale będę mówił na nią Sevi – mruknął i odwrócił twarz w stronę Savannah. – Zabierz mnie od tej wariatki... – szepnął.
– Eh... Niby sam się w to pakowałeś, ale znaj moją dobroć – odparła, również szepcząc, a potem popatrzyła na Mirę, która przyjaźnie uśmiechała się do Łucji. Młodsza Pevensie piorunowała ją wzrokiem.
– Posłuchajcie – powiedział Rilian. – Mamy wam do przekazania kilka rzeczy. Ja ma powiedzieć, czy któreś w was chce zabrać głos? Piotr? Avalon? Zuza?
– Skoro zacząłeś już mówić, kończ. Śmiało – odparł Piotr.
– Dziękuję. A więc, zdecydowaliśmy, że Florence, Savannah, Reyos i Mira pojadą wraz z Damienem i Cyntią. Z tego co nam powiedziałaś, Cyntio, wynika, że raczej nikogo tam nie będzie. Oznacza to, że jest to miejsce bezpieczniejsze niż pole bitwy. Do tego, mając tak świetnego stratega i krętacza – wskazał Reyosa – nic się wam nie stanie. Ale mam jeszcze jedno pytanie, umiecie choć trochę walczyć? Pytam na wszelki wypadek.
– Armin trochę nas uczył – odparła Florence. – Jesteśmy zdolni się ochronić, albo chociaż zyskać więcej czasu.
– Wspaniale! Damy wam broń, Lennox będzie musiał się poddać. Ale przechodząc dalej, wraz z naszymi sojusznikami wtargniemy do wioski, tam powinna być czarownica. Nie wiemy jak ją zabić i pewnie do tego potrzebna będzie moc Aslana, ale przynajmniej osłabimy jej siły. To i tak dużo znaczy. – Zwrócił się w stronę Cyntii i Damiena. – Gdy już odbijecie Ines, przywieziecie wszystkich w bezpieczne miejsce, o którym mówili. Potem wspomożecie nas w bitwie. Musimy niepostrzeżenie okrążyć wojska, a potem ruszy do ataku. Taki przynajmniej mamy plan. Gdy wasza dwójka będzie już na miejscu, wspomagajcie łuczników. – Rilian wskazał na Avalon i Zuzannę. – To chyba wszystko co musicie na razie wiedzieć. Wszystko jasne?
– Jak słońce – odparli zgodnie Damien i Cyntia. W tym samym momencie w drzwiach pojawił się znajomy wężo–człowiek.
– Ruszamy – odparł z zadowoloną miną.

Dostali konie i broń. Cyntia prowadziła ich przez las. Byli już prawie na miejscu, choć dziewczyna miała ochotę zawrócić. W myślach uważała, że zabranie ze sobą Reyosa, Savannah, Florence i Miry nie było dobrym pomysłem, a tym bardziej danie im broni. Wątpiła w ich umiejętności walki. Zarówno ona jak i Damien chciała by jednak te wątpliwości były jedynie wymysłem.
Gdy rudowłosa zauważyła znajomy głaz, w którym wyryta była mała literka „l”, wyciągnęła rękę by nakazać zatrzymanie koni swoim towarzyszom.
Zwierzęta zahamowały nagle. Cyntia zeskoczyła ze swojego jako pierwsza. Miała pewną postawę, wyciągnęła swój miecz i odwróciła się do towarzyszy. W oczach jawiła się iskra odwagi, a na jej twarzy widniał uśmiech zwycięstwa.
– Za mną marsz! Uważajcie na siebie! – odparła i ruszyła przodem.
– Nie muszę się martwić, mój narzeczony mnie obroni! – powiedziała radośnie Mira. Savannah ścięła ją wzrokiem i wcisnęła się między nią za Reyosa.
Cyntia weszła na polanę jako pierwsza. Nie zauważyła nic niepokojącego. Był tam Lennox wraz z Ines. Najwyraźniej dziewczynie nic nie było. Rozmawiali. Jasnowłosa coś mu tłumaczyła, ale Cyntia nie słuchała tego. Patrzyła na Lennoxa i pytała samą siebie, czemu mu zaufała. Nie był zły. Denerwujący, owszem, ale nie zły. Kiedy tak na niego patrzyła wydawał się być smutny. Ines uśmiechała się delikatnie i gładziła go po ramieniu.
Wkrótce u jej boku znalazła się reszta.
– Lennox – powiedziała głośno. Chłopak aż podskoczył ze zdziwienia.
– Cyntia? Nie powinno cię tu być – powiedział Lennox, wstając. Ukradkiem wytarł oczy z łez, a przynajmniej wydawało mu się, że było to niezauważalne, ale Cyntia dokładnie to widziała.
– Dzięki, że o mnie też pamiętasz – mruknął Damien, którego Lennox wciąż ignorował.
– Ja... Rozmawiałem z Ines... – Lennox zwiesił głowę, a następnie upadł na kolana. – Byłem głupcem... Ja...
– Dalej jesteś głupcem – odparła Cyntia, kucając obok niego. – Ale jeżeli chcesz nas przeprosić, to wstań i walcz po naszej stronie.
– Tak jest. Jak sobie życzysz, królowo – odparł z uśmiechem, a potem podniósł wzrok na innych. – O! Damien! Cześć... A tamci to kto? – Wskazał na nowe twarze, stojące za Cyntią i Damienem.
– To długa historia, nie ma na to czasu, ale mimo wszystko... – Cyntia objęła mocno Lennoxa. – Nie wiem co powiedziała ci Ines, ale cieszę się, że zmądrzałeś.
– Nie chcę wam przeszkadzać, ale czas goni – powiedziała Ines. – Niedługo musi spełnić się zarówno moje, jak i wasze przeznaczenie. – Wypowiadając ostatnie słowa, popatrzyła z uśmiechem na Damiena. – Nie ja tobie przeznaczona, dobrze o tym wiesz, dlatego nie roń łez po mej śmierci.
– Śmierci? Dobrze się składa. – Wszyscy odwrócili głowy. Łucja stała oparta o drzewo. W dłoni trzymała nóż.
– Szłaś za nami cały ten czas?! – zdziwił się Damien, powoli sięgając po miecz.
– No tak, nie zauważyliście? – spytała Mira, jakby myślała, że wszystko jest w porządku. Jednak dziewczyna nie znała Łucji Pevensie i jej zazdrości.
– W każdym razie, nie mamy teraz na to czasu. Wsiadamy na konie i ruszamy w stronę pola bitwy. Nie będę marnował cennych sekund na kłótnie – zarządził Archenlandczyk. Nie miał już ochoty nawet patrzeć na młodszą Pevensie. Po prostu ją wyminął i wsiadł na swojego konia. Nie czekając zarządził, by wszyscy kierowali się za Reyosem, który prowadzić ich miał do bezpiecznego miejsca.

Bitwa już dawno trwała. Wokół walało się wiele ciał. Zdawać się mogło, że plan, który obmyślili działa. Otoczyli wojska Czarownicy, mają przewagę.
Edmund kątem oka wypatrywał Liliany w tłumie. wiedział dobrze, że tu będzie, ale spodziewał się najgorszego. Czuł to w kościach. Jego ciało przeszywały dreszcze, to był zły znak. Chciał zobaczyć ją całą i zdrową. Było to nierozsądne z jego strony. Kilka razy prawie straciłby rękę, ale na jego szczęście, Ava go pilnowała. Archenlandka wiedziała, albo przynajmniej starała się dawać takie wrażenie, co dzieje się w jego głowie. A był tam zamęt. Uporczywie chciał znaleźć Lilianę, ale nie był zbyt dobry w robieniu dwóch rzeczy na raz.
Przedarł się przez tłum i nagle stanął jak wryty. Nie, nie mógł uwierzyć. Nie chciał wierzyć w to co widzi. Padł na kolana.
– Li – Lily... – wyjąkał. Łzy zaczęły tworzyć stróżki na jego policzkach. Wyciągnął rękę by dotknąć dłoni dziewczyny. Była zimna.
– Nie... Nie możesz... Lily... Liliana. – Zalał się łzami. Ava zaniepokoiła zachowaniem chłopaka, dopiero gdy się przyjrzała, zrozumiała wszystko. Chciałaby zasłonić oczy i usiąść gdzieś w kącie, ale teraz nie mogła tego zrobić. Przebiła się przez wrogów i podbiegła do Edmunda.
– Edek! Wstawaj! Tu jest niebezpiecznie! – krzyczała, co raz strzelając z łuku w stronę wrogów.
– Ale... Liliana... Ona... Ja muszę tu zostać... – powiedział, wycierając łzy. – To moja wina... To wszystko moja wina...
– To już jej nie pomoże. Proszę, Edmund, ona chciałaby żebyś walczył. Jestem tego pewna.
Edmund, proszę!

Savannah wskazała na ogromne drzewo w środku lasu.
– To tutaj! Opuszczony dom karłów – powiedziała. – A! – krzyknęła, chwytając mocniej Reyosa. – Robisz to specjalnie. Następnym razem ja prowadzę!
– Ale przyznaj, że lubisz się do mnie przytulać – odparł z ironicznym uśmiechem chłopak.
– Mogłabyś przestać podrywać mi narzeczonego? – spytała Mira.
– Moglibyście się wszyscy przymknąć i iść do naszej bezpiecznej kryjówki? – mruknęła Florence, która z pomocą Damiena schodziła z konia.
– Cyntia, Lennox, wy już idźcie, poradzę sobie – zapewnił Damien. Rudowłosa i Lennox kiwnęli zgodnie głowami i ruszyli w stronę pola bitwy.
Damien podprowadził ich do drzewa. W pobliżu nie zauważył nikogo. Florence, Savannah, Mira, Ines i Reyos weszli do środka. Archenlandczyk szczelnie zamknął drzwi i postanowił zasłonić je gałęziami. Gdy już skończył wrócił do konia, a właściwie do miejsca gdzie powinien być, jednak go tam nie zastał. Rozejrzał się dookoła. Po chwili usłyszał szelest. Wyciągnął miecz, a zaraz zza krzaków wybiegł koń z jeźdźcem na grzbiecie. Damien potknął się i przewrócił. Po chwili zobaczył dłoń wyciągniętą w jego stronę.
– Wybacz, nie chciałem cię przestraszyć – powiedział chłopak, lekko się rumieniąc. Damien z lekkim wahaniem przyjął jego pomoc.
– Nie szkodzi, kim tak właściwie jesteś? – spytał Archenlandczyk.
– Ja? Tylko podróżnikiem, który zatrzymał się u pewnej rodziny. Nazywam się Regin – odparł z uśmiechem. – A ty? Jesteś rycerzem?
– Można tak powiedzieć, ale wybacz, nie mam czasu na pogawędki. Muszę jechać. Em... Miło było poznać! – powiedział Damien, wskakując na konia.
– Powodzenia, dzielny rycerzu!
– Dzięki. Chyba.
KONIEC

Hejka!

Chciałam napisać tylko "Ej! Zrobiłam małą ankietkę!". Z jednej strony bardzo chciałabym napisać trzecią część, ale pozostałe chciałabym równie bardzo i nie mogę się zdecydować XD. W sumie to trzecia część mogłaby istnieć jako samodzielna historia, tylko zmienić nazwy krain, imiona rodziców bohaterów i gotowe! XD
Możecie sobie zagłosować.

Dobra, jednak będzie po prostu trzecia cześć, bo właśnie przed chwilą zostałam geniuszem i cesarzową zła, więc no... Tajemniczość.
Dzięki.
Zjaweła




Snapeł Zjaweły: Gabryszardaaaa
 


.
.
.
.
.
.
template by oreuis