sobota, 19 listopada 2016

ONE-SHOT 2


Parringi, dużo parringów. Było ciężko, padł tu rekord dialogów, ale dałam radę. Napisałam to! Co prawda nie ma jednego, ale o tym później. Tym czasem, radujcie się!


CYNTIA X LENNOX

– Cyntio! – krzyczał Lennox. Jego głos roznosił się po całym ogrodzie. – Cholera! Wiem, że tu jesteś! Nie chowaj się! I tak cię znajdę!
Dziewczyna w końcu dała za wygraną. Zeskoczyła z drzewa i stanęła przed nim. Miała na sobie spodnie włożone w wysokie, skórzane buty i białą koszulę, wsadzoną w dolną partię ubioru.
– Czego chcesz? – spytała chłodno. Nie wyglądała na chętną do rozmowy. Zresztą, jak zazwyczaj gdy był w jej pobliżu.
– Stało się coś? Czemu jesteś tak ubrana?
– Czemu zadajesz tak dużo głupich pytań?
– Eh... Po prostu się trochę martwię. Jesteś moim ulubionym wrogiem! W sumie to jedynym... To jak? Powiesz mi?
Dziewczyna westchnęła na znak poddania się.
– Miałam ćwiczyć szermierkę z Lilianą, ale ona woli szlajać się z Edmundem. Pewnie to z nim ćwiczy szermierkę... – mruknęła z równoczesnym smutkiem i wściekłością.
– Czy aby na pewno szermierkę? – spytał z uśmiechem, unosząc jedną brew. Zaczął przybliżać się w stronę rudowłosej. – Jak chcesz to my też możemy...
Lennox nie zdążył dokończyć zdania. Cyntia walnęła go w twarz otwartą dłonią, tworząc na jego policzku wyraźny, czerwony ślad. Patrzyła na niego wściekłym wzrokiem. Już chciała chwytać za miecz, gdy nagle Lennox ujął jej dłonie.
– Przepraszam... Nie zabijaj mnie, proszę.
– Zabieraj te łapska! – wyrwała swoje dłonie i skrzyżowała ręce na piersi. – To ostatni raz kiedy ci wybaczam. Cześć!
Rudowłosa z gracją minęła Lennoxa. Nagle podbiegł do niej z tyłu i przyłożył swoje ostrze do jej gardła. Był wyższy od niej zaledwie o pół głowy. Zbliżył usta do jej ucha.
– Walcz ze mną... – szepnął, po czym pocałował ją w szyję. Dziewczyna poczerwieniała.
– Zboczeniec – mruknęła pod nosem. Szybkim ruchem wyjęła swój miecz i za jego pomocą wyrwała się z uścisku Lennoxa. Chłopak zachwiał się, ale nie upadł. Ruda prychnęła i odłożyła swój miecz.
– No ej! Chciałaś walczyć to walcz! Masz okazję, a ty wolisz sobie iść?
Dziewczyna mruknęła pod nosem coś co na pewno nie było miłe i ruszyła w stronę pałacu. Nie miała ochoty na przepychanki z Lennoxem, który zdenerwował ją jeszcze bardziej. Chciała spędzić ten dzień z siostrą. Rozumiała, że Liliana spotykała się z Edmundem, ale jej to obiecała. Była zła. Otworzyła drzwi swojej komnaty, a gdy weszła do środka, zamknęła je z hukiem, który rozszedł się po całym piętrze. Podeszła do łóżka i padła twarzą na poduszkę.
Tymczasem Lennox stał jak otępiały w ogrodzie, zastanawiając się co przed chwilą się stało. Chciał tylko poprawić jej humor, ale jak zwykle poszło mu marnie.
W końcu otrząsnął się po dziwnym zdarzeniu. Usiadł pod drzewem i ponownie zaczął zastanawiać się jak poprawić humor rudowłosej. Kwiatki? Serenady pod oknem? Nie, to nie było w jej stylu. Walczyć chciała tylko z Lilianą. Może coś co pozwoliłoby poznać go z innej strony? Ale czy było coś takiego? Dla niej był tylko idiotą z ego większym niż Kraina Aslana. Cholera. Za głupi był na to. Nie znał Cyntii zbyt dobrze.
 Wziął głęboki oddech i wstał. Wiedział już co powinien zrobić. Leniwym krokiem zaczął zmierzać w stronę pałacu. Miał zamiar spytać o radę kogoś, kto zna ją bardzo dobrze, a zarazem z kimś kogo nienawidził.

Zapukał do drzwi komnaty. Drzwi powoli się otworzyły. Stał w nich niewyspany, i jakby zastraszony, Damien. Zaspanymi oczami popatrzył na Lennoxa i westchnął ciężko. Otworzył drzwi szerzej, po czym padł na łóżko.
– Co chcesz? – spytał zimnym tonem Archenlandczyk. Relacje między tą dwójką były napięte odkąd się tylko poznali, mimo to, Lennox wierzył, że udzieli mu pomocy.
– Potrzebna mi twoja pomoc – powiedział ciemnowłosy, po krótkim namyśle.
– W czym?
– Cyntia jest jakaś przygnębiona i chciałbym...
– Poprawić jej humor. Zgadłem? – Lennox przytaknął. – To dość trudne, ale myślę, że jeżeli z nią po prostu porozmawiasz, bez tych twoich podtekstów i innych takich, to będzie zadowolona. Po prostu daj się jej poznać od innej, lepszej, strony.
– To... To tyle?
– To AŻ tyle! To ją na pewno uszczęśliwi. Ciągle na siebie skaczecie i nie dajecie się sobie poznać. Wiesz, myślę, że nawet dobrze jej to zrobi. Każdy jest zajęty swoimi sprawami, a ona siedzi sama. Zabierz ją gdzieś, do miejsca, które lubisz, w którym będziecie mogli porozmawiać na osobności.
– A jakieś kwiaty? Wiersze? Serenady?
– Mówimy o tej samej Cyntii? Siostrze Liliany? Tej rudej?
– Racja, głupie pytanie. Dzięki. – Lennox odwrócił się z zamiarem wyjścia, gdy w jego głowie pojawiło się jeszcze jedno pytanie. Zatrzyma się i skierował głowę w stronę, leżącego na łóżku Damiena. – Dlaczego mi pomagasz? Przecież się nie lubimy?
– Bo Cyntia jest moją przyjaciółką, a dziś jestem lekko niedysponowany, by jej pomóc.
– A co się stało?
– Eh... Opowiem ci później, teraz idź do niej!
Lennox uśmiechnął się na pożegnanie i czym prędzej pognał do swojej komnaty, by szybko się odświeżyć.

Cyntia wpatrywała się w okno, siedząc na parapecie. Widziała w oddali sylwetki Edmunda i Liliany, spacerujących po plaży. Miała ochotę skoczyć tam i walnąć Sprawiedliwego pięścią w nos. Z całej siły. Wtem usłyszała nieśmiałe pukanie do drzwi komnaty. Zeszła z parapetu i podeszła do drzwi. Otworzyła ja, a jej oczom ukazał się Lennox.
– Cześć... Wiem, że jesteś na mnie zła, ale daj mi chwilę! – nalegał chłopak.
– Mów, co masz mówić.
– Przepraszam za wcześniej. Wiem, głupio wyszło...
– Głupio?
– Daj mi skończyć! – Uniósł głos, ale po chwili się opanował. – Chciałbym pokazać ci pewne miejsce. To niedaleko. Ciągle się ze sobą kłócimy, więc pomyślałem, że możemy wybrać się gdzieś razem, we dwoje i porozmawiać. Wiesz, jak dobrzy znajomi.
– Dobrzy znajomi?
– Jak zwykli znajomi – poprawił się. – To jak? Chciałabyś? Chyba i tak nie masz nic innego do roboty...
– Eh... – westchnęła. – Zgoda.
– W takim razie, proszę za mną.

Rudowłosa był sceptycznie nastawiona do wycieczki z Lennoxem, jednak ten nie mówił nic nieodpowiedniego przez całą drogę. Zmiana w jego sposobie mówienia i w słowach, których używał doprowadziła ją do tego stopnie, że aż chciała spytać czy wszystko z nim w porządku, ale powstrzymała się. Nie chciała psuć jego nagłej normalności. Kiedy taki był, wydawał się inny, bardziej ogarnięty i inteligentniejszy. Nawet uśmiechał się jakoś uroczo.
– To tutaj – powiedział chłopak i odsłonił liście wierzby. Oczom dziewczyny ukazała się ogromna dziupla wyrzeźbiona w drzewie. W środku posłany był czerwony koc w czarną kratę. Chłopak podszedł do tego miejsca, usiadł i poklepał w materiał, by dziewczyna również usiadła. Rudowłosa uczyniła to, jednak niezbyt chętnie.
– Znalazłem to miejsce przypadkiem, tego samego dnia kiedy tu przybyłem. Od tamtego czasu, zawsze kiedy mnie nie widzisz, jestem tutaj. Wiem, że nie wyglądam na takiego, ale lubię czasami posiedzieć w samotności i popatrzeć na to ciche miejsce, pomyśleć nad życiem. Wiesz, przykro mi , że zachowywałem się tak głupio w stosunku do ciebie. Te wszystkie przykre rzeczy, które ci mówiłem... Jestem kretynem. Wiesz, że tak nie myślę.
Zapadła niezręczne cisza, Dziewczyna nie wiedziała co powinna powiedzieć, musiała zastanowić się nad swoimi słowami. W sumie, gdy się go lepiej poznało, nie był taki zły jak na początku znajomości.
– W sumie, to nawet lubię to nasze nabijanie się z siebie. Jesteśmy trochę jak Ava i Piotr, nie uważasz? – spytała.
– A czy oni nie są przypadkiem, no wiesz, razem?
– Eh... – Dopiero dotarło do niej co powiedziała. Zrobiła się cała czerwona i miała ochotę zapaść się pod ziemię ze wstydu. – Głupi jesteś!
Lennox zaśmiał się, a w jego oczach pojawiły się wesołe iskierki.
– Wredny rudzielec – powiedział, przyjacielsko klepiąc dziewczynę po ramieniu. – Wiesz, jeśli chcesz, możesz przychodzić tu kiedy sobie życzysz i kiedy będziesz chciała ze mną porozmawiać, a akurat nie będzie mnie na Ker–Paravelu. To odludne miejsce. Nie widziałem tu jeszcze nikogo obcego.
Popatrzył na dziewczynę, która wpatrywała się w niego z ciekawością.
– Wiesz... – zaczął, pochylając się nad nią powoli – zawsze możesz na mnie liczyć.
Cyntia położyła palec do jego ust.
– Dziękuję, ale jak na razie nie masz na co liczyć – powiedziała, wstając.
– Na razie?
– Wiesz, była to całkiem miła randka, nie spodziewałam się tego po tobie. Do zobaczenia.

Wciąż oszołomiony Lennox wrócił na Ker–Paravel. Zastukał w drzwi komnaty Damiena. Archenlandczyk bez słowa zaprosił go do środka, po czym usiadł na łóżku czekając na jakieś słowa Lennoxa, jednak gdy przez pięć minut nic nie usłyszał, postanowił sam spytać.
– Jak poszło?
– Powiedziała, że to była randka... To chyba oznacza, że dobrze poszło. Jeszcze raz, dziękuję za rady, a teraz opowiedz mi co ci się stało.
– Lepiej wejdź, zamknij za sobą drzwi i usiądź, bo to dziwna i straszna sytuacja. 




LILIANA X EDMUND

 Mimo, że dzień się już rozpoczął, Edmund wciąż spał w swojej komnacie, w której panowała ciemność, ponieważ Pevensie zasłonił okna kotarami.

– Jestem królem... – mamrotał przez sen. – Piotrze, wyczyść mi buty...
Do jego pokoju, jakby nigdy nic wparowała Liliana. Rozsunęła kotary, wpuszczając światło do pomieszczenia, po czym pochyliła się nad Edmundem.
– Tak, wiem, że jestem fantastyczny... – wymamrotał.
– Wstawaj panie „fantastyczny”! – krzyknęła mu nad uchem. Edmund lekko podskoczył i stoczył się z łóżka, wprost na stopy rudowłosej. – O, wstałeś już!
Dziewczyna wyciągnęła do niego dłoń by pomóc mu wstać z podłogi, jednak ten odmówił pomocy i wstał samodzielnie. Rudowłosa mruknęła coś pod nosem i rzuciła w jego stronę miecz.
– Poczekam na ciebie na placu – odparła i wyszła z komnaty.

Dziewczyna siedziała na murze, czekając na Edmunda. Polerowała swoją broń. Po chwili usłyszała zbliżające się kroki. W jej kierunku szedł Sprawiedliwy, Wyglądał na zmęczonego. Przeciągnął się i usiadł obok niej.
– Miałem taki wspaniały sen, a ty mnie obudziłaś... – mruknął i pocałował dziewczynę.
– Ta, a co ci się śniło?
– Byłem królem. Piotr czyścił mi buty, Łucja masowała mi stopy, a Zuza gotowała. Sprzątaczki miały kuse stroje i... – Popatrzył na dziewczynę, która wymachiwała mieczem.
– Myślisz, że gdybym tak przez przypadek ścięła ci głowę to by mnie zamknęli? – spytała jakby od niechcenia.
– Może już lepiej potrenujmy, co ty na to? – spytał. Dziewczyna kiwnęła głową i zabrali się do treningu.

Po kilku dobrych godzinach walki, usiedli na ziemi. Ines przyniosła im wodę i coś do jedzenia. Gdy spytali dziewczynę czy miałaby ochotę z nimi zostać, ta odparła, że idzie do Damiena, któremu śniła się śledząca go Łucja. Zapewne nie był to przyjemny sen.
W każdym razie, młodzi zostali sami.
– Muszę kiedyś porozmawiać z Łucją o jej małej... obsesji... – mruknął Edmund, biorąc łyk wody.
– Małej? Boję się myśleć co ona zrobi kiedy wrócicie do Anglii – powiedziała. Posmutniała na samą myśl o tym, że jej przyjaciele znowu będą musieli wrócić. – Właściwie to myślałeś co będzie jak wrócicie?
– Szczerze? Nie, nie myślę o tym teraz. Wolę cieszyć się tym co się dzieje i nie wybiegać zbytnio w przyszłość, ale czuję, że nie zabierze nas tak szybko. Nie musisz się martwić, jeszcze tu trochę pobędziemy.
– Mam nadzieję, nie chciałabym byście tak nagle zniknęli. Mamy plany i chcemy je zrealizować, prawda? Wiem, że żona tego profesora, u którego byliśmy, jest z Narnii, ale ja nie chciałabym tam żyć.
– Hm... Rozumiem. To byłoby dla ciebie trudne, ale nie martw się. Cokolwiek by się stało zawsze będę z tobą, pamiętaj.
– Wiem, pamiętam. Po prostu robi mi się smutno kiedy pomyślę, że nas opuścicie. Mnie, Damiena, Cyn – tię... Cholera!
– Co się stało? – spytał, kładąc jej dłoń na ramieniu.
– Cyntia! Zapomniałam! Cholera! – Zerwała się na równe nogi.
– O czym zapomniałaś? – spytał spokojnym tonem, ale dziewczyna wciąż była zdenerwowana. Chodziła w kółko po placu, powtarzając przekleństwa pod nosem.
– Lily... Wytłumacz mi czego zapomniałaś – nalegał, unosząc głos.
– Miałam trenować razem z Cyntią, kompletnie o tym zapomniałam i teraz będzie na mnie zła. Zawsze tak ma! Ilekroć o czymś zapomnę albo nie zrobię czegoś to obraża się jak małe dziecko.
– Lily, ona chyba ma rację, bo widzisz...
– Sugerujesz, że zachowuję się nieodpowiedzialnie?
– Może po prostu kupisz jej coś na przeprosiny?

Po dłuższej wymianie zdań postanowili poszukać czegoś na targu. Szli pieszo, gdyż Liliana znowu narzekała na jazdę konno. Gdy znaleźli się na targu nie liczyło się nic prócz prezentu dla Cyntii. Liliana nie chciała by siostra ponownie się do niej nie odzywała tak jak to było kiedy zapomniała o jej urodzinach. Nie rozmawiały wtedy przez miesiąc. Liliana musiała ją na kolanach błagać o wybaczenie. W końcu młodsza się ugięła, ale i tak była chłodna w stosunku do rudowłosej.
Edmund co chwila pokazywał Lilianie jakieś sukienki, biżuterię czy inne rzeczy, które mogłyby spodobać się siedemnastoletniej dziewczynie. Jednak Lily ciągle kiwała głową. Sprawiedliwy był już tym zmęczony, ale przynajmniej w końcu zrozumiał czemu nie należy chodzić na zakupy z kobietami. One nic tylko wybrzydzają.
W końcu Liliana zatrzymała się przy jednym ze stoisk. Edmund podszedł do niej i nie mógł uwierzyć własnym oczom. Liliana sprezentowała mu miecz. Po chwili Sprawiedliwy zdał sobie sprawę z kim ma do czynienia. Nie tylko Liliana pałała się bronią, Cyntia również, więc wybór dziewczyny był oczywisty.
Zapłacili za wybraną broń i od razu ruszyli w drogę powrotną. Liliana cały czas oglądała miecz. Ostrze lśniło w słońcu, a rękojeść była starannie ozdobiona drewnem.
– Podoba ci się zakup? – zagadnął Edmund.
– Myślę, że Cyntia będzie zadowolona. Dam jej to od razu kiedy ją znajdę, a potem wrócę do ciebie – odparła, nie odrywając wzroku od broni.
– A nie lepiej żebyście razem przetestowały ten zakup? – spytał.
– Czemu niby?
– Myślę, że byłoby jej miło. Zrobiłybyście sobie wieczorny trening, a ja poszedłbym dokończyć swój sen o byciu królem.
– A tak właściwie to co ja robiłam w tym śnie?
– Ty? Jakoś jeszcze do ciebie nie dotarło, dlatego chcę dokończyć.
– A nie dla tych pokojówek?
– Nie odpowiem na to pytanie dopóki masz przy sobie broń.
– Z nią czy bez, i tak bym się zbiła.
– Słodkie.
– A tak naprawdę to... Dziękuję, że ze mną poszedłeś.
– Nie ma sprawy – odparł z uśmiechem, czekając na podziękowanie.
– O! Patrz! Widzę Cyntię! – powiedziała uradowana. – To do zoba...
– A podziękować?
– Ach... Zapomniałabym. – Podeszła do Edmunda i pocałowała go, stojąc na palcach. – Do zobaczenia!
Dziewczyna radośnie popędziła w stronę swojej siostry. Edmund obserwował je przez chwilę. Obie wyglądały na szczęśliwe, co bardzo go ucieszyło. Po kilku minutach poszedł do swojej komnaty by udać się spać.
AVA X PIOTR

 Jasnowłosa Archenlandka rozsiadła się wygodnie na dużym fotelu w zamkowej bibliotece. Przeglądała księgi opowiadające o tym co działo się w jej ojczyźnie, gdy ta wraz z przyjaciółmi przeniosła się do Anglii. Nie znalazła w nich nic zajmującego i przykuwającego jej uwagę. Westchnęła  i sięgnęła po następną książkę.
– Cześć. – Avalon podniosła głowę. Stał przed nią Piotr. – Widziałaś może Zuzę, Edka albo Łucję?
– Edmund jest z Lilianą,  a Zuzanna chodzi gdzieś z Łucją. Chyba próbuje jej wybić Damiena z głowy – odparła, zamykając księgę.
– Ta, słyszałem jak się w nocy kłóciły...
– Właśnie tak jakoś zauważyłam, że mój ulubiony idiota się nie wyspał – powiedziała z uśmiechem i zmierzwiła jego czuprynę.
– Pokaż. – Wziął książkę, którą trzymała dziewczyna i przejrzał ją pokrótce. – Wiesz, tutaj chyba nic nie znajdziesz.
– Czemu?
– Nie zawsze w książkach jest prawda. Lepiej przejrzeć oficjalne dokumenty. Tam powinno być wszystko, dosłownie. W książkach często przekłamują rzeczywistość. Może pójdziemy do Riliana, on powinien coś mieć.
– Nie ma go. Pojechał do wioski spotkać się z mieszkańcami, a jego doradca to straszny idiota, co prawda nie taki jak ty, ale jednak. Nie chce mnie wpuścić, mimo, że wyjaśniłam mu całą sytuację i przedstawiłam swoją pozycję. Jak śmiał odmówić królowej Archenlandii?!
– Ava, nie jesteś już królową – przypomniał jej. Dziewczyna spiorunowała go wzrokiem i wydarła mu książkę z rąk.
– Sama sobie poradzę – burknęła, wychodząc w biblioteki. Mówiła jeszcze cicho jakieś obelgi w stronę doradcy Riliana , aż w końcu zniknęła w korytarzu.
Piotr wziął kilka ksiąg o Archenlandii i przysiadł przy biurku. Wyjął świece, bo czuł, że posiedzi nad tym dobre kilka godzina. Westchnął ciężko i zabrały się do pracy. Sam nie miał nic ciekawego do roboty, a do tego sam zaciekawił się tym co robiła dziewczyna. Gdy ostatnio był w Narnii Archenlandia była bardzo wpływową krainą, jednak teraz nie słyszał o niej zbyt wiele. Ot, po prostu istnieje. Zaczął czytać i robić notatki. Po kilku godzinach zasnął z głową na książce.

Ava zeszła do biblioteki by w spokoju ponownie przejrzeć księgi. Cicho wślizgnęła się do środka biblioteki. Gdy weszła zauważyła migające przy  biurku światełko. Podeszła bliżej, by się przyjrzeć. Zauważyła Piotra. Jego jasne włosy opadły na papier. Archenlandka zauważyła jego notatki. Podniosła je i przeczytała. Z tego wynikało, że nie dowiedział się nic ciekawego, nic co mogłoby być jej przydatne, mimo wszystko ucieszyła się, że chłopak chciał jej pomóc. Uśmiechnęła się pod nosem. Uznała, że nawet uroczo wyglądał, kiedy spał tak spokojnie, jednak postanowiła go obudzić. Wygodniej byłoby mu w łóżku. Nachyliła się nad nim trochę.
– Piotr... Piotrek... Piotruś... – mówiła, ale ten ani drgnął. – Idioto...
Piotr obudził się nagle. Wygiął się do tyłu i padł na plecy.
– Um... Przestraszyłaś mnie – mruknął, ospale i powoli wstał z podłogi.
– Ty to jednak głupi jesteś. Nieważne. Nie uważasz, że wygodniej by ci było położyć się spać do swojego łóżka? – spytała.
– Przysnąłem, kiedy próbowałem dowiedzieć się czegoś o Archenlandii trochę przysnąłem. Ale nie znalazłem nic ciekawego. Mam nadzieję, że nie masz mi tego za złe.
– Nie, właściwie to bardzo miłe, dziękuję – odparła, mierzwiąc mu włosy. – Chodź już. Jutro nie będziesz mógł wstać.
– Wiesz, myślę, że doradca Riliana już śpi. Moglibyśmy...
– Czy ty, szlachetny, wielki, legendarny król Narnii, sugerujesz włamanie i kradzież dokumentów? – zdziwiła się.
– Tylko je pożyczymy, właściwie to nawet ich nie wyniesiemy, więc nie będzie to kradzież – powiedział z uśmiechem.
– No, no, no... – mruknęła. – Więc prowadź, mój królu!

Szybko przemknęli przez korytarz wprost do gabinetu Riliana. Piotr chwycił za klamkę, jednak drzwi ani drgnęły.
– Zamknięte – skwitował, patrząc na Avę. – Jak myślisz, gdzie Rilian mógłby trzymać klucz?
– Eh... Piotr, skoro drzwi są zamknięte to może lepiej stąd chodźmy. Jutro, kiedy Rilian wróci z wioski po prostu go o to poproszę. Nie musisz się tak dla mnie trudzić.
– Czy mi się zdaje czy się czerwienisz?
– Czy mi się zdaje czy nikt ci nigdy nie przywalił w ten durny łeb?
– A było tak miło – powiedział i pocałował ją w policzek. – Dobranoc.
Ava stała bez ruchu. Wpatrywała się w znikający cień Piotra. Czy naprawdę się czerwieniła? Chyba wolała nie wiedzieć. Może Piotr zwyczajnie ją oszukiwał by się zawstydziła?
Włożyła twarz w dłonie i oparła się o ścianę. Musiała chwilę odetchnąć. Wzięła głęboki wdech, a potem zrobiła wydech. Czuła się już lepiej. Odrzuciła włosy do tyłu i z gracją poszła do swojej komnaty udać się na spoczynek.

Następnego dnia Ava wstała wraz ze wschodem Słońca. Nie była wypoczęta, całą noc śniła jej się Archenlandia w kompletnej ruinie. Otworzyła okno i wpatrywała się narnijski krajobraz. Narnia była piękna, ale wciąż miała ochotę na zobaczenie Archenlandii. Piotr chyba czytał jej w myślach. Delikatnie otworzył drzwi jej komnaty.
– Przeszkadzam? – spytał.
– A, to tylko ty – mruknęła beznamiętnie.
– Masz dziś jakieś plany?
– Pewnie będę siedziała w książkach, znowu – powiedziała.
– Jeśli chcesz, mam inne rozwiązanie. Pomyślałem, że moglibyśmy pojechać do Archenlandii. Pewnie tęsknisz za tą krainą. Rozmawiałem już z Rilianem, załatwił nam powóz.
– Wyjdź – powiedziała i wypchnęła go za drzwi. Zrezygnowany Piotr zszedł na dół, do biblioteki jeszcze raz przeszukać książki. I robił to, dopóki Ava z promiennym uśmiechem na twarzy nie przyszła do niego.
– To gdzie ten powóz? – spytała.
– Myślałem, że...
– Nie myśl więcej i chodź. Musiałam się tylko przygotować. To co, idziemy?

Podróż była długa, ale nie było nudno. Oboje podziwiali krajobraz Narnii i rozmawiali o tym co najbardziej chcieliby zobaczyć a Archenlandii. Ava opowiadała Piotrowi o tym co zmieniła w krainie za czasów swojego panowania. Rządziła twardą ręką, ale mieszkańcom żyło się znacznie lepiej. Miała nadzieję, że ten stan rzeczy się nie zmienił.
Gdy przybyli do krainy, twarz dziewczyny rozpromieniała. Wciągnęła powietrze w płuca i odwróciła się do Piotra.
– Dziękuję – powiedziała, podeszła do niego i pocałowała. – Idziemy pospacerować?
– E... eh... e... a... no... em... tak? – wyjąkał. – Dzięki?
– Chodź, chcę zobaczyć czy zmienili jakoś zamek z zewnątrz – rzekła, chwytając go za dłoń i pociągając za sobą.
Cały dzień spędzili na zwiedzaniu stolicy Archenlandii. Miasto tętniło życiem, aczkolwiek Ava miała kilka zastrzeżeń. Zawsze chciała by wszystko było perfekcyjne i według jej upodobań. Głównie czepiała się o to jak wystrzyżone są żywopłoty. Żeby odwrócić od nich jej uwagę, Piotr sprezentował jej archenlandzki łuk. Zdążyła wziąć z nim udział w małych zawodach strzeleckich, które oczywiście wygrała. Mieli nawet okazję zobaczyć króla Archenlandii i poznać młodą księżniczkę.
Mieszkańcy byli szczęśliwi, tak samo jak Ava. Gdy nadeszła pora rozstania się z krainą, poczuła ulgę, że wszystko tak się potoczyło. Archenlandia była bezkonfliktową krainą, tętniącą życiem.

Późnym wieczorem byli już spowrotem w Narnii.
– Jak ci się podobało? – spytał Piotr, gdy spacerowali po Ker–Paravelu.
– Bardzo, jeszcze raz dziękuję, idioto – powiedziała z uśmiechem wdzięczności. – Nie spodziewałam się, że mogę się aż tak dobrze z tobą bawić! Naprawdę! Czuję się lepiej, gdy wiem jak jest w Archenlandii. Kiedyś tam wrócę i zamieszkam. Będę miała męża i dwójkę dzieci, kota i taki mały uroczy dom. O! I tarcze i łuki, i...
– Męża?
– Tak, a co? Chcesz ustawić się w kolejce?
– Pff... Czasem jesteś naprawdę zabawna, Avalon. Ja i ty?
– W sumie, nie miałabym nic przeciwko temu. Czasami mnie denerwujesz, ale wiesz, że cię lubię. Nie widzę w tym nic złego. A może ja ci się nie podobam?
– Nie o to chodzi! Po prostu mogłabyś przestać mnie tak poniżać. Jesteś wredna i tyle. Gdybyś była milsza, to kto wie, może...
– Ej! Czasami jestem miła, a przynajmniej się staram. Mógłbyś to łaskawie docenić.
– A czy ja powiedziałem, że nie doceniam?
– Nie... – westchnęła, patrząc na niebo. – Wiesz, jestem już zmęczona. Zmęczona, ale szczęśliwa. Dziękuję raz jeszcze! Nie wiem jak mogłabym ci się odwdzięczyć!
– Ja chyba wiem – powiedział, uśmiechając się.
– Eh... Dobranoc, idioto – powiedziała, pocałowała czule na pożegnanie i poszła do swojej komnaty z rumieńcem na twarzy.

SAVANNAH X REYOS

 W domu Florence od godziny słychać było przekrzykiwanie się Reyosa i Savannah. Zazwyczaj się ze sobą zgadzali lub mieli chociaż podobne zdanie, jednak gdy nie było niczego z wymienionych, ich kłótnie uprzykrzały życie wszystkim dookoła. Tym razem pokłócili się o to czy są w stanie przebywać ze sobą, bez osoby trzeciej. Savannah uparła się, że nie jest to nic trudnego, natomiast Reyos stwierdził, że nie wytrzymałaby jego nałogu – hazardu.
– Jesteś głupi i nigdy nie urośniesz! Jak możesz uważać, że bym sobie nie poradziła, knypku?! Jestem młodsza o rok od ciebie, a i tak jestem wyższa! – krzyczała Savannah, wstając od stołu.
– Jestem niższy od ciebie o 6 centymetrów, ale zobaczysz, że jeszcze będziesz musiała stawać na palcach żeby mnie...
– Żeby cię co?
– Spoliczkować! Poza tym, nie zasłaniaj się wzrostem! Po prostu nie umiałabyś przeżyć jednego dnia tylko w moim towarzystwie. Nie wytrzymałabyś.
– Chcesz się założyć?
– Wiesz, że jestem hazardzistą.
– Przestańcie! – krzyknęła Florence. – Mam tego serdecznie dość. Jutro spędzicie ze sobą cały dzień i rozstrzygniecie tę durną sprzeczkę!
Reyos i Savannah, popatrzyli na nią ze zdezorientowaniem. Dawno nie krzyczała tak głośno, a ton jej głosu nie był tak władczy.
– Chcesz się nas pozbyć? Armin jutro przyjeżdża czy co? – spytał Reyos, siadając na stole. Florence zaczerwieniła się i odwróciła wzrok.
– No wiecie, chcielibyśmy pobyć trochę sami i... Wiecie o co mi chodzi! A przy okazji możecie rozstrzygnąć swój spór. To chyba dobre wyjście, prawda? – powiedziała, odwracając swoją wciąż czerwoną twarz w ich stronę. – Zawsze przebywacie albo ze mną albo z Arminkiem, albo ze mną i Arminkiem. Prędzej czy później się kłócicie, a my musimy was rozdzielać. Może jak poznacie się jeszcze bliżej, to wam minie.
– Arminkiem? – spytał Reyos, co znowu wprowadziło na twarz Florence ogniste rumieńce.
– Znamy się aż za dobrze – mruknęła Savannah, spychając Reyosa ze stołu. – Ale dobrze. Reyos, widzimy się jutro o 9.00. Przyjdę po ciebie.
– To chyba nie najlepszy pomysł, nigdy u mnie nie byłaś...
– Trudno, a teraz idź, oboje musimy się na to przygotować psychicznie.

Savannah miała paskudny humor, ale mimo to szła do domu  Reyosa z podniesioną głową. Nie czuła się gotowa na spędzenie całego dnia sam na sam z przyjacielem, ale chciała mu udowodnić, że się myli.
W końcu zobaczyła mały, drewniany dom. Rodzina Reyosa nie była bogata, więc ich dom nie był w najlepszym stanie. Wahała się czy na pewno chce to zrobić. Przecież mogłaby dać mu jeden raz wygrać. Stanęła przed furtką i wpatrywała się w dom. Wtem poczuła, że ktoś łapie ją za ramię. Pisnęła.
– Nie chciałem cię przestraszyć – odparł chłopak. – Ty musisz być Savannah. Reyos o tobie wspominał jakieś milion razy odkąd tu jestem.
– Kim jesteś? I jak to „odkąd tu jesteś”? Dlaczego o mnie wspominał? – wypytywała spanikowana Savannah.
– Wybacz, nie przedstawiłem się. Jestem Regin. Podróżowałem trochę i mnie przygarnęli. To miłe ich strony. Tak w ogóle, to bardzo chcieli cię poznać. Ten chłopak całkiem dużo im o tobie nagadał – zaśmiał się.
– Ale... Czemu?
– Podejrzewam, że cię lubi, ale wiesz w trochę inny sposób. Po prostu mu się podobasz, choć, jak mam być szczery, nie widzę w tobie niczego szczególnego – mruknął. Savannah spiorunowała go wzrokiem. – Znaczy, jesteś ładna, ale nie w moim typie. Czemu to powiedziałem? Eh... W każdym ra...
– O! Już przyszła! – Z domu wybiegła otyła kobieta w połatanej sukience. Savannah uśmiechnęła się krzywo. – Wejdź do środka, nie będzie taka ładna panienka marzła na dworze!
– Ale... Jest lato – jęknęła cicho, ale w końcu zebrała się na odwagę i weszła do domu.
Wnętrze nie było zbyt czyste. Po domu biegała trójka dzieciaków, dwóch chłopców i dziewczynka. Byli cali w błocie.
– Iva, bliźniaki! Coście zrobili?! Jak to o nas świadczy. Dziewczyna się jeszcze przestraszy i nasz Reyos skończy jak wasz starszy brat, będzie mieszkał u nas na strychu i miejsce zajmował! Coście sobie...
– Mamo! – Reyos zjechał z poręczy schodów. Był cały czerwony. – To tylko zakład, a nic ważnego... – Popatrzył przepraszająco kątem oka na Savannah. Dziewczyna miał wrażenie, że jego matka zaraz zmusi ich do ślubu.
– Chodź, Sava – powiedział, chwytając ją za dłoń. Pociągnął ją za sobą, gdy nagle uderzył w przeszkodę, która stanęła przed nim.
– No, no... Kogo ja tu widzę? Czy to nie ta słynna Savannah? Mówiłeś, że jest zjawiskowo piękną panienką, ale czegoś takiego to się nie spodziewałem! Jest jeszcze piękniejsza niż sobie wyobrażałem! A już się bałem, że masz słaby gust albo wolisz obcować z mężczyznami! – Mężczyzna poklepał chłopaka po ramieniu. – Dużo nam o tobie opowiada. Codziennie można usłyszeć jak mówi „Savannah to, Savannah tamto”.
– Ojcze, proszę przes... –zaczął Reyos. Podobnie jak Savannah, był cały czerwony.
– Chcecie zostać sami, co? – Rodzice chłopaka zaczęli chichotać. – Rodzino! Idziemy! Darmozjada nie ma domu. Macie kilka godzin tylko dla siebie.

Od dziesięciu minut siedzieli w ciszy w pokoju, który Reyos dzielił z młodszym rodzeństwem.
– Naprawdę im o mnie mówiłeś... – westchnęła Savannah. – Jakoś nie chciałam wierzyć temu chłopakowi, którego spotkałam przed furtką.
–Eh... ja... No... Nauczyć cię grać w karty? – spytał. Wciąż był czerwony, a oczy szkliły mu się jakby miał zaraz wybuchnąć płaczem.
– Czemu nie – powiedziała. Chłopak usiadł obok niej i pokazywał jej karty, jednak Savannah nie słuchała tego co mówił. Była ciekawa co o niej mówił, wyglądało na to, że same miłe rzeczy. Wiedziała, że ją lubi, ale nie, że aż tak. Cały czas wpatrywała się w niego z uśmiechem. Przysunęła się i oparła głowę o jego ramię. Wyglądał uroczo kiedy był taki skupiony. Savannah zaczęła bawić się jego kruczoczarnymi włosami związanymi w niewielki kucyk.
– Em... Sava...?
– Nie przerywaj sobie, lubię patrzeć jak skupiasz się na kartach – powiedziała, uśmiechając się.
– Nie lubisz hazardu. Co ci jest? Źle się czujesz? – Przyłożył dłoń do jej czoła. – Hm... Dziwne, chyba nie jesteś chora. Uderzyłaś się w głowę czy co?
– Nie, nie uderzyłam, a w karty można grać bez hazardu. Kiedy to robisz wyglądasz uroczo.
Reyos natychmiast się od niej odsunął. Z przerażeniem na twarzy, oparł się o ścianę. Savannah zaczęła chichotać cicho. Gdy przestała, na jej twarzy pojawił się smutny uśmiech. Reyos popatrzył na nią, przechylając głowę na bok. Odsunął się niepewnie od ściany.
– Co ci się...? – zaczął niepewnie.
– Po prostu przypomniało mi się jak tu zamieszkałam, w tej wiosce. Byłam dla ciebie niemiła, a ty mi i tak pomagałeś. Pierwszy raz jak cię zobaczyłam grałeś w karty z jakimś strażnikiem. Nakrzyczałam na was. Też byłeś wtedy cały czerwony. – Zachichotała.
– Sava, jeżeli zachowujesz się tak dziwnie tylko po to żeby wygrać zakład i sprawić żebym uciekł z własnego domu, to zaraz ci się uda.
– Nie, nie miałam takiego zamiaru. Po prostu... Dużo o mnie opowiadałeś. Tamten chłopak, Regin, stwierdził, ze jesteś we mnie...
– On gada różne głupoty! – przerwał jej. – Pewnie znalazł jakieś grzyby w lesie i widzi teraz niestworzone rzeczy, a opowiadałem im o innej dziewczynie, ale ma tak samo na imię jak ty i wygląda jak ty! To wszystko!
– No proszę, czasami nie idzie ci kłamanie. Nie spodziewałabym się tego po tobie – powiedziała, gdy ten zrobił minę urażonego dziecka. – No już, przyznaj po prostu, że mnie ko...
Reyos rzucił się na nią nim zdążył dokończyć i zaczął ją łaskotać. Dziewczyna padła na plecy, a ten łaskotał ją jeszcze intensywniej.
– Prze... prze... przestań! – wydusiła, płacząc ze śmiechu. W końcu postanowiła coś zrobić. Gdy nadarzyła się okazja chwyciła go za kołnierz koszuli i przyciągnęła do siebie. Chłopak próbował odsunąć twoją twarz od jej lica. Chłopak ponowni się zarumienił.
– Teraz ty przestań! Sava, puść mnie! Czy ty mnie słuchasz w ogóle?!
Dziewczyna w końcu uległa jego namowom. Oboje usiedli i przez pięć minut parzyli na niezagospodarowaną przestrzeń pokoju. Zrobiło się jeszcze niezręczniej niż wcześniej.
– Em... Reyos, chciałabym ci coś... – zaczęła Savannah. Zbliżyli się do siebie.
- Tak? – spytał nieco mniej zestresowany. Ich twarze prawie się stykały. Savannah westchnęła, zamknęła oczy złączyła ich usta w pocałunku.  Nagle drzwi pokoju otworzyły się i stanął w nich wysoki chłopak, o ciemnych oczach. Miał głupi wyraz twarzy.
– Och... No witam piękną panią. To ta twoja Savannah, co? Hehe... Przeszkodziłem wam, co? – zaśmiał się głupio.
– Eh... Ja... No... Ja idę! – powiedziała szybko Savannah, odrywając się od Reyosa. Nim poderwała się na nogi pocałowała chłopaka w policzek, po czym szybko wybiegła.

Następnego dnia Savannah obudziła się o świcie. Coś, a może raczej ktoś, przygniatało jej nogi. Gdy wstała zobaczyła uradowaną twarz Reyosa.
– Wygrałem! – powiedział triumfalnie.
– Co? – spytała, przecierając oczy. – Nie mów mi, że...
– Em... Tak! Ale spodziewałem się trochę innej reakcji. W każdym razie dzięki.
Teraz to Savannah była cała czerwona jak piwonia. Miała ochotę zapaść się pod ziemię.
– Jeżeli komuś o tym wspomnisz to cię zabiję!
– Spokojnie, Savciu – powiedziała i zmierzwił jej włosy. – Do później!
Uśmiechnął się jeszcze ostatni raz i zniknął za oknem, zostawiając czerwoną ze Savannah samą w pokoju. Głupia, dała się zmanipulować, chociaż, czy to na pewno było zaplanowane? Nie umiała sobie na to odpowiedzieć. Chłopak zbyt dobrze kłamał i manipulował. Położyła się by jeszcze choć trochę się zdrzemnąć, ale było to niemożliwe, gdyż ciągle czuła wstyd z powodu jej wczorajszego, dziwnego zachowania, którego sama nie umiała wytłumaczyć. 


FLORENCE X ARMIN

Florence siedziała przed lustrem, czesząc gęste włosy. Myślała o tym jak cudowny będzie dzisiejszy dzień. Tylko ona i Armin. Oczywiście martwiła się trochę o Reyosa i Savannah. Tamta dwójka mogła kłócić się całymi dniami, ale potem zawsze było dobrze, więc miała nadzieję, że i tym razem tak będzie. Chociaż raz chciała pomyśleć o sobie i swoim szczęściu.
Upięła włosy w wysoki kucyk, po czym wstała i podeszła do łóżka, na którym leżały jej najlepsze sukienki. Wzięła wszystkie i ponownie podeszła do lustra. Zaczęła przykładać do siebie ubrania, by dobrać najlepszy strój. Chciała się dobrze prezentować. Armina nie widziała od ponad pół roku. Mimo, że wymieniali mnóstwo listów, miała mu dużo do powiedzenia. Chciała się do niego w końcu przytulić. Brakowało jej tego jak codziennie ją budził, wskakując do jej pokoju przez okno. Chciała znowu wrócić do czasów gdy rozmawiając z nim do późnych godzin, zapominała o wszystkim.
Westchnęła ciężko i odrzuciła sukienki na łóżko. W żadnej się sobie nie podobała, a musiała wyglądać świetnie. Chciała szybko pójść do Savannah by pożyczyć jakiś strój od niej, ale przypomniała sobie o zakładzie, który sama zresztą zaproponowała. Przeklęła się za to w duchu.
Chwyciła sakiewkę wypełnioną kilkoma monetami i zeszła po schodach na parter domu. Chciała iść na targ by szybko coś kupić. Nałożyła buty i otworzyła drzwi. Nie patrząc przed siebie, wyszła na zewnątrz, gdy nagle natrafiła na przeszkodę. Uniosła głowę.
– K – król Rilian – wyszeptała i szybko się odsunęła. – Przepraszam najmocniej, mości królu.
Dziewczyna ukłoniła się najlepiej jak mogła.
– Nic nie szkodzi – odparł łagodnie król. – Ty musisz być Savannah, prawda?
– Właściwie to jestem Florence, mości królu – odparła zakłopotana. Czuła się dziwnie rozmawiając z królem.
– Flore! – zza pleców Riliana wyłonił się Armin z promiennym uśmiechem na twarzy. – Ślicznie wyglądasz.
Chłopak podszedł i zachylił się nad nią. Jednak Florence, spanikowana obecnością ważnej osobistości, podała mu dłoń. Jasnowłosy chłopak zaśmiał się, potrząsnął dłoń, a potem pocałował dziewczynę w czoło.
– Miałem przyjść do ciebie później, jak skończę oprowadzać Riliana po wiosce – powiedział chłopak, a w jego oczach dostrzec można było wołanie o pomoc. Pisał w listach do Florence, że udało mu się zaprzyjaźnić z królem, ale był z nim jeden problem. Rilian był trochę nachalny i nie rozumiał niektórych gestów, które miałyby mu zakomunikować, by dał już mu spokój.
– Savannah może iść z nami – powiedział Rilian.
– Ona ma na imię Florence – odparł ze zrezygnowaniem Armin. Dokładnie opowiedział Rilianowi jak wygląda i kim jest Florence, ale król był wyraźnie bardziej zainteresowany osobą Savannah.
– Nieważne.
– Dla mnie ważne – burknął pod nosem jasnowłosy.
– Zgadza się panienka?
– Em... – Dziewczyna popatrzyła na Armina, który kiwnął lekko głową. – Zgoda.

– A tutaj jest... – tłumaczył Armin. Florence niezbyt go słuchała. Patrzyła tylko raz na niego, raz na Riliana. Próbowała odstraszyć króla swoim wzrokiem, mimo iż przypomniała sobie sytuację kiedy chciała odpędzić tak od siebie Armina. Jasnowłosy uznał wtedy, że wygląda uroczo.
Dziewczyna raz po raz ciężko wzdychała, licząc, że król w końcu będzie miał ochotę na porozmawianie z mieszkańcami wioski. Przeklinała siebie w duszy za to, że namówiła Reyosa i Savannah na zakład. Niby nie była sama, ale takie miała uczucie. Armin opowiadał o wiosce, a Rilian zadawał mnóstwo pytań.
Nie tylko ją to męczyło, Armina również, ale nie dawał tego po sobie poznać. Sam liczył, że los przyniesie mu szczęście i Rilian znajdzie sobie inne zajęcie lub przewodnika. Z wioski pochodziło jeszcze przynajmniej dwóch kadetów, więc czemu padło akurat na niego?
– A to...
– Co się tam dzieje? – zapytał Rilian, wskazując na światło wyłaniające się spomiędzy wąskiej uliczki.
– Florence – zagadał Armin, ale dziewczyna zajęta była piorunowaniem wzrokiem Riliana. – Flore!
Dziewczyna aż podskoczyła. Odwróciła wzrok od Riliana i popatrzyła na Armina. Chłopak uśmiechnął się jakby znowu uznał, że jej mordercze spojrzenie jest urocze.
– Organizują coś na placu? – spytał.
– Pewnie wiedzą, że król przybył do wioski i to dlatego – wyjaśniła i wróciła do patrzenia się morderczym wzrokiem na Riliana.
– Szkoda by było przegapić taką okazję. Chodźmy tam! Muszę w końcu porozmawiać z ludem! – odrzekł Rilian i ruszył w stronę uliczki. Zarówno Florence jak i Armin dostrzegli w tym okazję, by pobyć przez chwilę sami, więc nie ruszyli się z miejsca i czekali, aż Rilian zniknie w tłumie. Jednak i tak musiało nie pójść po ich myśli. Rilian odwrócił się do nich.
– Co tak stoicie? Chodźcie! – zawołał. Florence i Armin zwiesili głowy. Z niechęcią poszli za rozradowanym królem. Wciąż liczyli, że zajmie się tłumem, nie nimi. Że po ponad półrocznej rozłące w końcu będą mogli spędzić trochę czasu we dwoje.

Rilian rozmawiał z ludźmi raz po raz wołając Armina i zadać mu jakieś bezsensowne pytanie. Przynajmniej jasnowłosemu wydały się one bezsensowne. Król nie zbyt często miał okazję przebywać w wiosce, więc niektóre rzeczy były dla niego niezrozumiałe. Florence przez jakiś czas podawała Rilianowi alkohol, by zajął się piciem, ale po tym było jeszcze gorzej i król przystawiał się do wszystkiego co się rusza i oddycha, w tym do Armina. Król chwycił chłopaka za koszulę i przyciągnął do siebie. W końcu dziewczynie puściły nerwy. Stanęła między nimi i popatrzyła na króla z wyrzutem, a potem popchnęła pijanego Riliana w tłum. Armin popatrzył na nią z ulgą.
– Dziękuję, moja mała bohaterko – powiedział z uśmiechem. – W końcu mamy chwilę dla siebie więc...
Chłopak pochylił się nad nią ze zmrużonymi oczami, ale dziewczyna przyłożyła dłoń do jego ust.
– Za nim przejdziemy do tej przyjemnej części i rzucę się na ciebie, musisz mi wyjaśnić jedną rzecz – rzekła ostrym, jak na nią, tonem. – Czemu ten palant przyszedł z tobą?!
– Ten palant jest królem, Flore...
– Mam to gdzieś. Popsuł mi wszystkie plany! Wstałam wypoczęta, zrobiłam się prawie na bóstwo, bo nie miałam sukienki. Namówiłam Reyosa i Savannah do zakładu, po którym prawdopodobnie będą mieli psychiczny i fizyczny uszczerbek na zdrowiu. Mieliśmy być sam na sam...
– To sam na sam to jakaś sugestia?
– Daj mi skończyć! Mieliśmy spędzić ten dzień tak jak za dawnych lat, ale nie! Ten imbecyl, król Rilian, musiał się przypałętać! Może mi to przejdzie, ale jak na razie mam ochotę go rozszarpać na strzępy!
Zapadła cisza, podczas której patrzyli się na siebie.
– Dobra! To nie była moja wina! Chciał ze mną jechać żeby porozmawiać z mieszkańcami, a ostatecznie został ze mną! Gdybyś nie namówiła Savy i Reyosa na jakiś zakład to ten palant skupiłby całą swoją uwagę na naszej przyjaciółce, bo mu się podoba.
– Ale chwila, czemu on mówił na mnie Savannah?
– Bo powiedziałem mu coś w stylu „Florence to najładniejsza dziewczyna na świecie”.
– Czekaj, czyli, że uznał Savę za tę brzydszą i gdyby zobaczył prawdziwą Savę to mówiłby na nią Florence.
– No, tak.
– To dlatego zrobił taką durną minę – mruknęła.
– Palant z niego, ale czy możemy w końcu o nim zapomnieć i cieszyć się sobą? Mogę cię już pocałować?
– Eh... Właściwie to czekam na to od dłuższego czasu.
Armin objął dziewczynę i pocałował ją czule. Po dłuższej chwili odsunął swoją twarz od jej twarzy.
– Mieliśmy spędzić czas jak kiedyś, ale wiesz, chyba kiedyś się nie całowaliśmy. Ale wiesz, zawsze możemy nadrobić.
– Armin...
– Znamy się jakieś cztery lata i pół roku, w sumie to przez większość czasu zachowywaliśmy się jak dobrzy przyjaciele. Cztery i pół roku to jakieś 1643 dni po 10 pocałunków dziennie co daje nam...
– Armin!
– Słodka jesteś jak się wściekasz – powiedział z uśmiechem i ponownie pocałował.
– Witajcie zakochani! – krzyknął na powitanie, zbliżający się do nich Reyos. – Jak minął cały dzień tylko we dwoje?
– Właściwie to my... – zaczęła Florence.
– To świetnie! Wygrałem zakład – odparł zadowolony z siebie.
– Gratulacje, ale wiesz Reyos... Mieliśmy na głowie Riliana i dopiero przed chwilą mieliśmy mieć okazję być sam na sam więc, wiesz... – powiedział Armin jak najdelikatniej tylko mógł.
– Macie jeszcze całą noc – mruknął Reyos z uśmiechem, unosząc jedną brew.
– Skoro już tu jesteś, to gdzie Savannah?
– Pewnie w domu. W każdym razie, nie będę wam już przeszkadzał. Idę poszukać jakiegoś miejsca do spania na kilka dni. Moja rodzina musi się uspokoić i przestać zadawać mi tyle pytań dotyczących... – Popatrzył na przyjaciół. Czuł jak jego policzki stają się coraz bardziej czerwone. – Do zobaczenia!

Reyos czym prędzej uciekł od przyjaciół. Armin i Florence popatrzyli na siebie ze zdziwieniem, ale w końcu postanowili spędzić miło ten wieczór. Porozmawiać i pobawić się na placu. 

KONIEC


Z każdą kolejną chwilą coraz bardziej przekonywałam się, że nie umiem opisywać. Muszę to zmienić, W końcu. 
Ale, czemu nie było Ines x Damien (plus Łucja)? Bo mam co do nich inne plany XD. Już na samą myśl chce mi się śmiać i w sumie nie wiem czemu... 
Ale cóż... Chyba najprzyjemniej pisało mi się o tych parringach z bohaterami, którzy pojawili się w pierwszym one-shocie. Najgorzej szło mi z Edly, przepraszam. Nie mam już chyba weny do tego parringu. 
Niestety zbliża się koniec II części, a na III się nie zanosi, ale mam jeden pomysł, na który się nakręciłam. Napiszę o nim kiedyś (jedna osoba będzie wiedziała szybciej, ale to szczegół XD). 
To ten... Do zobaczenia w następnym rozdziale!
Pozdrawiam,
Zjaweła!
.
.
.
.
.
.
template by oreuis