piątek, 19 sierpnia 2016

Rozdział 17

Ten rozdział dedykujemy Bells czyli ostatniej osobie, która nie ogląda anime. To chyba wystarczy XD.

17. Złe przeczucia

Liliana przeklinała siebie w myślach. Co ją podkusiło, żeby zgłosić się do roboty na koniu? Od czasu, gdy na rozdrożu się rozdzielili spadła dwa razy ze zwierzaka. Wróć, z tego potwora.
Trzeci raz, spadła po raz trzeci. Wstała z ziemi i otrzepała się.
– Słuchaj, zacznijmy współpracować – powiedziała w stronę konia. – Im rzadziej będziesz mnie zrzucał, tym szybciej dotrzemy na miejsce, zrobimy co mamy zrobić i wrócimy. Czy to nie jest dobry pomysł?
Koń prychnął, widocznie niezadowolony. Liliana przygryzła nerwowo dolną wargę. Wdrapała się na zwierzę i pogłaskała je po grzbiecie.
– Może moglibyśmy się zaprzyjaźnić, co? Mów mi Liliana, znaczy... o ile mówisz – powiedziała, ale koń nie odpowiedział. – Dobra, w takim razie nie dowiem się jak ty masz na imię. Mogę ci mówić Jean? Pasuje ci?
Koń prychnął, jakby było mu to obojętne.
– Świetnie! W takim razie ruszaj, Jean! – próbowała brzmieć przekonywująco, ale sama nie wierzyła w swój udawany optymizm. Wiedziała, że koń zrzuci ją przy najbliższej okazji i zwieje. Pomyślałam, że to nawet nie byłoby złe, nie musiałaby już się męczyć. Z drugiej strony, co by było gdyby przybyła za późno? Nie mogła na to pozwolić. Zacisnęła dłonie na lejcach i ruszyła przed siebie. Jej rude kosmyki falowały na wietrze. Chłodne powietrze wypełniało płuca dziewczyny. Wiedziała, że nie może się poddać. Nie w takiej sytuacji. Do tego w jej sercu rodził się niepokój. Czyżby jej siostrze, ukochanemu i przyjaciołom coś zagrażało?

W końcu dotarła i jakież było jej zdziwienie, gdy zorientowała się, że ostatni jej upadek miał miejsce, gdy nadała imię koniowi. Popatrzyła na zwierze z uśmiechem, którego on nie odwzajemniał. Może dlatego, że Jean był koniem? A może dlatego, że był zajęty patrzeniem na nią wzrokiem, który mówił „dieta ci nie zaszkodzi”?
Dziewczyna wyciągnęła zza pasa papier z pieczęcią króla. Nic na nim nie było prócz pieczęci. Nie było czasu na pisanie długich przemówień. Liliana musiała improwizować. Z torby wiszącej na koniu, wyciągnęła róg i dęła w niego, by zwrócić na siebie uwagę.
– Mieszkańcy wsi! Król Rilian wysłał mnie tu by powiadomić was o czyhającym zagrożeniu! Weźcie najpotrzebniejsze rzeczy i uciekajcie stąd! Zróbcie to jeśli wam życie miłe! – krzyknęła. Mieszkańcy wymienili między sobą zdziwione spojrzenia, jednak gdy zobaczyli poważną minę dziewczyny szybko skierowali się do swoich domów, a Liliana mogła wrócić do zamku.

Damien miał wrażenie, że dzieje się coś złego, dlatego starał się jechać jak najszybciej. W wiosce, do której został wysłany nic się nie działo, ale mimo to czuł niepokój. Poczuł się lepiej, gdy zobaczył Lilianę na rozdrożu.
– Ile razy spadłaś? – spytał na powitanie.
– Tylko trzy! Teraz ja i Jean jesteśmy przyjaciółmi! – krzyknęła w odpowiedzi.
– Kim jest Jean?
Dziewczyna z uśmiechem wskazała na konia, który wydawał się mówić „wcale nie jesteśmy przyjaciółmi, po prostu było mi jej żal”.
– A gdzie jest ten mały? – spytał Damien.
– Armin? Masz świadomość, że on jest wyższy od ciebie?
– Nie jest taki znowu wyższy! Poza tym ja nadrabiam urodą!
– Czym?
– Ha ha ha... Bardzo śmieszne. Nawet jeśli nie urodą to talentem!
– Talentem do pakowania się w kłopoty i włamów?
– Armin też to umie! – Liliana i Damien odwrócili wzrok od siebie i popatrzyli w lewo. Obok nich jechały dwa konie. Na jednym jechał chłopak, który swoje ciemne włosy upięte miał w niski kucyk i dziewczyna o kruczoczarnych włosach. Damien zauważył na jej policzku ranę, z której kapała krew. Na drugim koniu jechał Armin, który jedną ręką trzymał lejce, a drugą obejmował siedzącą przed nim dziewczynę.
– Przymknij się Reyos, to nie czas na żarty – upomniał go kolegę jasnowłosy. – W wiosce, w której byłem... Czarownica zaatakowała, sam nic nie mogłem zrobić.
– Mogliśmy ci pomóc – odezwała się dziewczyna o kruczoczarnych włosach.
– Lepiej żebyśmy my się tym zajęli. Zabierz swoich przyjaciół w bezpieczne miejsce, ja i Damien jedziemy do wioski – powiedziała Liliana.
– Nic nie wskóracie. Za dużo ich. Wiem, że dobrze walczycie, ale nawet jak dla was jest ich za dużo. Nawet gdyby cała nasza szóstka walczyła, pomijając fakt, że Savannah, Florence i Reyos nie walczą, to i tak nie dalibyśmy rady.
– Lily, musimy jechać do pałacu i nie próbuj stawiać oporu, mamy przewagę, a poza tym, znam każdy twój ruch – odrzekł Damien, nie odwracając wzroku od drogi.
– Dobra, niech ci będzie, ale jestem pewna, że by się nam udało – mruknęła.
– Nie bądź zawsze taka pewna siebie, kiedyś może cię to zgubić – powiedziała Savannah, wycierając krew z policzka i zupełnie ignorując spływającą po nim łzę.  


Czarownica uśmiechnęła się triumfalnie. Najwyraźniej bardzo bawiły ją zdziwione miny przebywających w pokoju osób. Wręcz promieniała ze szczęścia.
– Och... Wyczuwam, że jadą tu też wasi przyjaciele – powiedziała z perfidnym uśmiechem.
– Liliana – wyszeptał Edmund.
– Damien – wymamrotały Ines i Łucja. Pevensie popatrzyła a jasnowłosą wrogo.
– Oj... Zabiję całą tę szóstkę... Albo nie! Mogą mi się jeszcze przydać – mruknęła czarownica.
– Szóstkę? – spytała Zuzanna, patrząc na kobietę badawczo. – Wyruszyła trójka...
– Ktoś do nich dołączył – powiedziała kobieta lekceważąco.
Zuzanna przeniosła swój wzrok na Riliana. Intuicja jej nie myliła, wiedział coś, ale chyba oboje uznali, że lepiej będzie nic nie mówić czarownicy i Lennoxowi, który wpatrywał się we wściekłą Cyntię.
Ruda uspokoiła się trochę, ale w każdym momencie mogła wybuchnąć i rzucić się na wrogów z mieczem, a wtedy nie byłoby ciekawie. W końcu była siostrą Liliany, jednej z najlepszych szermierzy w Narnii.
– Rilian, Piotr, Edmund... Przytrzymajcie mnie. Czuję, że zaraz się na niego rzucę i wydrapię mu oczy – powiedziała rudowłosa, nie spuszczając  wzroku z zadowolonego Lennoxa.
– Rzucaj się na mnie, kochana – odparł, tym samym jeszcze bardziej irytując dziewczynę.
– Podoba mi się ta twoja dziewczyna, Lennosiu – mruknęła czarownica.
– Mówiłem żebyś mnie tak nie nazywała! – krzyknął, lecz po chwili się uspokoił. – Ale to prawda, jest fantastyczna.
– Od kiedy wy... – zaczął Rilian, ale zamilkł gdy Cyntia łypnęła na niego groźnie.
– Nigdy nie byliśmy... – zaczęła.
– Naprawdę zamierzacie się teraz o to kłócić?! – krzyknęła Zuzanna.
– Czemu nie! – wyrwała się Łucja, wyjmując sztylet zza pasa. – Już dawno miałam coś powiedzieć tej suce. – Wskazała sztyletem na Ines.
– To nie najlepszy moment na twoje wybuchy zazdrości – powiedziała jasnowłosa.
– A czemu nie? I tak umrzesz, kogo obchodzi w jaki sposób! Ona cię zabije, ja... I tak będziesz krwawiła i tak!
– Ach tak? Jesteś pewna?

W tym samym czasie, jadący do pałacu Liliana, Damien i Armin z przyjaciółmi, mieli nie małe kłopoty. Zostali otoczeni. Świetnie, tylko tego im brakowało, wysłanników czarownicy. Nie byli to jednak zwykli służący. Byli pod wpływem jednego z jej uroków. Mieli pusty wzrok. mogli tylko walczyć. Reyos już to sprawdził, gdy chciał rozwiązać sprawę pokojowo i zagrać z nimi w karty, a ci prawie przebili go na wylot. Prawie.
– Czy on jest zawsze tak nieodpowiedzialny i chce grać z uzbrojonymi mężczyznami w karty? – spytała Liliana, z łatwością unikając kolejnego ciosu.
– Tak, zawsze musimy go ratować! – odkrzyknęła Savannah, z trudem odpychając zaklętego mężczyznę.
– I mówisz to akurat ty? – spytał, pomagający jej Reyos.
– To było dawno!
– Ta, a ty dalej mi nie podziękowałaś!
– Dziękuję ci każdego dnia, ratując cię z kłopotów! Pakujesz się w nie lepiej niż Armin!
– Możecie przestać! – wrzasnął Damien, po czym odwrócił swój wzrok w stronę Liliany. – Lily, przestańmy być delikatni.
– Zgadzam się.
Rudowłosa kopnęła przeciwnika wprost na ostrze Damiena, a stojącego obok niej mężczyznę sama nadziała na swój miecz.
– Wy też! Jeśli chcemy się stąd wydostać, musimy utorować sobie drogę! – rozkazał Damien.
– To morderstwo! – krzyknęła Florence, pomagając Arminowi odpychać przeciwników.

– Czasami tak trzeba! Nie zmuszamy cię do tego, twój chłopak da sobie radę – krzyknęła Liliana, odcinając ramię kolejnego mężczyzny. Jednak Florence wzięła głęboki oddech i stanęła do walki. Liliana widząc to, uśmiechnęła się pod nosem. Poczuła lekką nostalgię. Eh... Pamiętne czasy kiedy ona i Edmund walczyli ramię w ramię. Po chwili ponownie ogarnął ją niepokój.

KONIEC

 Hej!
Aye!
Wiem, że znowu dużo dialogów, ale ja tak bardzo lubię pisać dialogi...
Zwal winę na to, że oglądasz za dużo filmów, a w filmach przecież nie ma opisów XD. Genialne, prawda?
Oczywiście, że tak. Nigdy nie wątpiłam w twój geniusz, droga shitty glasses.
Ej! To, że teraz muszę nosić okulary nie jest moją winą! Poza tym, nie powinnaś stosować takich zagrywek, bo ja cię shorty nazywać nie mogę.
Nie przypominaj, za dużo siedzę na filmwebie i się na tym przejechałam, bo teraz będę widziała w Levi’u boga wojny w dresie, a Eren od dziś jest magiem i świętą bronią w jednym ;_;
Chyba nie bardzo rozumiem...
Koleś podkładający głos Levi’owi podkłada głos Yato, a koleś podkładający głos Erenowi podkłada głos Yukine i Lyonowi. Tak w ogóle to dawno nie oglądałam anime, chyba jutro sobie obejrzę tego Steins;Gate albo Magi czy coś. W końcu przymierzam się to obejrzenia tego już jakiś czas, hehe.
Znowu piszemy im o jakichś naszych rzeczach, a nie o tym o czym mamy pisać.
Byłoby nudno gdybyśmy pisały tylko „hej no to, to był rozdział i no mam nadzieję, że się podobał, elo”. Poznają nas i w ogóle... O! I jak już piszę, to napiszę, że nie mogłam się powstrzymać i musiałam użyć bohaterów z one-shota XD. Tak żeby było ciekawiej. O! I jeszcze jedno. Jak ktoś pomyślał, że źle odmieniam „Levi” to nie, bo to imię czyta się „Liwaj” więc jest dobrze XD.
Super. Za dużo już tego pisania. Cóż, mamy nadzieję, że się Wam podobało i, że tak jak ja chcecie zabić Zjawę za zepsucie pary Lennox x Cyntia.
Dobra, to my się później widzimy w komentarzach, a ja tymczasem wracam do słuchania muzyki i wymyślania jakichś podłych planów!
Już wiem czemu nazwałaś się Zjawą.

Pozdrawiamy!
Aya i Zjawa

 

wtorek, 9 sierpnia 2016

Rozdział 16


16. Sen 

 Poranny śpiew ptaków obudził Lennoxa z głębokiego snu. Choć, jakby się nad tym dłużej zastanowić, nie był taki głęboki, w końcu, obudził go ptasi szczebiot.
Mimo wczesnej pory, na jego twarzy malował się promienny uśmiech. Zdawało mu się, że mógłby tego dnia zdobyć wszystko. Wiatr wlatywał przez otwarte okno, na którego parapecie siedziała Cyntia. Z zamyśleniem wpatrywała się w krajobraz za oknem.
– Cyntia? – spytał nieco zaspanym tonem. Nie spodziewał jej się w swojej komnacie i to o tak wczesnej porze.
Gdy tylko rudowłosa zauważyła, że się obudził, ześlizgnęła się z parapetu i sprężystym krokiem podeszła do łóżka, w którym leżał chłopak. Opadła obok niego i ujęła jego dłoń.


– W końcu się obudziłeś – powiedziała z uśmiechem. – Martwiłam się.
Dziewczyna zaczęła głaskać jego ciemne włosy. Wyjątkowa czułość dziewczyny była dziwna, niecodzienna, a nawet trochę go niepokoiła. Uznał jednak, że później się nad tym zastanowi. Póki miał okazję, postanowił ją wykorzystać.
Przeszedł do pozycji siedzącej. Dotknął jej bladej twarzy i przyciągnął ją do siebie. Uchylił się by ją pocałować. Nie opierała się. Gdy nagle...

– Mogliście go trzymać – mruknęła Ava.
– Oj tam, tylko stracił przytomność. Rude by go zabiły – powiedział Damien z nadzwyczajnym spokojem.
– Zabiły? Jeżeli istnieje coś gorszego od zabicia, to właśnie one by to zrobiły – mruknął Edmund, patrząc na Lilianę.
– Jak na wielkiego, legendarnego króla nie jesteś zbyt brany na poważnie –wymamrotała Ines, rozglądając się po wnętrzu, w którym nie było nic prócz obdrapanych ścian, stołu i kilku foteli.
– Ej, to moja kwestia! Nie możesz obrażać Piotra, tylko ja mogę – powiedziała Ava, łypiąc groźnie na Ines.
– Dalej, rzuć się na nią. I tak nic nie robi – mruknęła Łucja.
– Ej! Nie pozwalaj sobie! – wyrwał się Damien. Chłopak zacisnął pięści i gdyby Ines i Edmund go nie przytrzymali, najprawdopodobniej Archenlandczyk rzuciłby się na Łucję.
– Uspokójcie się! – wrzasnęła Zuzanna. Wszyscy ucichli i stanęli na baczność. Wszyscy prócz, leżącego na podłodze Lennoxa. – Teraz najważniejsze jest by dostać się do zamku. A z tobą, Piotr, porozmawiam później. Mówiłam, żebyś go nie bił, a ty dalej swoje. Eh... Ava pomoże mi cię opieprzać.
– Czyli mogę szykować sobie grób – westchnął Piotr, patrząc na Avę proszącym wzrokiem. Zupełnie jakby mówił: „Proszę, nie zabijaj mnie i powstrzymaj moją siostrę!”. Jasnowłosa uśmiechnęła się w odpowiedzi. Niestety wszystko wskazywało na to, że nie będzie zbyt miła.

Szli praktycznie w ciszy, przysłuchując się Zuzannie i Avie, które zajęte były obrażaniem Piotra i prawieniem mu morałów. W tym samym czasie Łucja przyglądała się uważnie Ines. Chciała poznać ją jak najlepiej. Jej nawyki, jej typ. Nie chciała jej krzywdzić, chciała by po prostu odsunęła się od Damiena. Choć, jeśli zaszłaby potrzeba, nie zawahałaby się użyć ostrza miecza. Wiedziała, że nie jest to poprawne, ale czuła, że naprawdę go kocha i nic nie może jej powstrzymać. Rodzeństwo, przyjaciele, a nawet sam król i cała jego armia razem wzięci. Czuła, że ona i Damien muszą być razem bez względu na wszystko, nie patrząc na konsekwencje.
Gdy dotarli na Ker – Paravel powitał ich Rilian. Nie było to miłe powitanie. Było chłodne, pozbawione emocji. Potem przeszedł do wypytywania.
– Gdzie byliście? – spytał.
– Chcielibyśmy porozmawiać na osobności – powiedział Piotr.
– Zadałem pytanie.
– Gdzieś mamy twoje pytanie, idziemy do twojego gabinetu – mruknęła Ava. Piotr szturchnął ją lekko. Dziewczyna popatrzyła na niego, a jej wzrok mówił tylko: „No co? Z nim trzeba twardo!”.  Miała rację, to poskutkowało. Piotr, Zuzanna i Edmund poszli z Rilianem. Łucja wykręciła się, mówiąc, że jest zmęczona drogą powrotną, ale tak naprawdę chciała mieć Ines i Damiena wciąż na oku.
Przed wejściem do gabinetu, Rilian nakazał by strażnicy pilnowali pozostałych w salonie. Łucja usiadła między Ines, a Damienem. Łucja i Cyntia, siedzące po przeciwnej stronie, starały się zachować powagę, bawiło je zachowanie najmłodszej Pevensie, ale uznały, że nie będą jej przerywały. To całkiem dobra rozrywka. Ava siedziała w zamyśleniu i patrzyła się w sufit. Natomiast Lennox był zadziwiająco zbyt pewny siebie. Siedział z cwaniackim uśmiechem na skórzanym fotelu. Nie umknęło to uwadze Ines. Na chwilę przestała przejmować się daremnymi próbami Łucji w rozdzieleniu jej i Damiena. Skupiła się na chłopaku, który z każdym dniem wydawał się jej coraz mniej godny zaufania człowiekiem. Jej rozmyślania przerwali strażnicy, którzy weszli do pomieszczenia wraz z grupą przygotowujących się do pełnienia służby młodzieńców.
– Mamy ich pilnować? Ale oni nic nie robią! – jęknął jeden z chłopaków, przeczesując palcami swoje hebanowe włosy.
– Przymknij się – upomniał go, stojący obok niego, jasnowłosy chłopak i trzepnął go po głowie.
– Ał! Dureń! – Chłopak oddał mu kuksańca.
– Ej! Wy tam! Samson! Armin! Opanujcie się, do cholery! Bo nie dam wam przepustki na dni wolne i będziecie szorować podłogi w pałacu! – wrzasnął strażnik.
– Tak jest... – powiedzieli.
– Uroczy są – mruknęła Łucja w stronę Ines. – Może któryś ci się podoba? Ten blondynek jest fajny, pasowalibyście do siebie.
– Muszę cię zmartwić, Łucjo. Nie jestem idiotką – odparła Ines z uśmiechem, który wprawił Pevensie w złość.
– Jak sobie chcesz, ja pójdę i sobie z nimi pogadam. – Łucja wstała z dumą na twarzy i podeszła do dziesięcioosobowej grupy.
– Czy ona próbuje wzbudzić we mnie zazdrość? – szepnął Damien. Ines kiwnęła głową w odpowiedzi. Po chwili, po Ker – Paravelu rozniósł się głośny okrzyk zdziwienia Riliana. Wszyscy prócz Łucji odwrócili głowy w stronę, z której dobiegał dźwięk. Młodsza Pevensie w najlepsze flirtowała z młodzieńcami z grupy. Tylko jeden odsunął się od tej wesołej zgrai.
Po kilku chwilach do salonu wpadł Rilian. Był w szoku.
– Przepraszam was – powiedział, łapiąc oddech, po czym zwrócił się do strażnika. – Szykujcie się. W każdej chwili może nastąpić atak na zamek. Młodych też przygotuj – rozkazał i zaczął nerwowo krążyć po pomieszczeniu. – Trzeba ostrzec mieszkańców trzech najbliższych wiosek... Uczyliście ich już jeździć konno?
– Nie, tylko szermierka, walka wręcz no i bieganie. Wątpię by ci szlachcice umieli odróżnić konia od jednorożca czy centaura, a co dopiero na nich jeździć – mruknął strażnik, pociągając nosem.
– Naprawdę? Byłem pewien, że nie przyjmowaliśmy samych szlacheckiego pochodzenia. Byłem pewien, że są jacyś z wiosek.
Wzrok grupy, strażnika i Riliana spoczął na wysokim, jasnowłosym chłopaku o szarych oczach, którego nie interesowała Łucja.
– Armin... – zaczął Rilian.
– Pojadę do swojej wioski, ale co z pozostałymi dwiema?  – spytał chłopak.
– Ja pojadę – mruknął Damien, który najwidoczniej nie miał już ochoty patrzeć na Łucję i jej wygłupy.
– Też pojadę – wyrwała się Liliana. – Tylko nasza dwójka, jak za dawnych lat, nie Damien?
– Eh... Dzięki... – mruknął pod nosem szarooki.
– W sumie to i tak się rozdzielimy, ale tak... Jak za dawnych lat – powiedział Archenlandczyk. – To gdzie nasze konie?

Strażnik zaprowadził trójkę do stajni, a pozostali zostali w zamku. Wstali z miejsc i ruszyli ku wyjściu. Tylko Lennox siedział. Miał diaboliczny uśmiech na twarzy. Ines była pewna, że coś przed nimi ukrywa, nie wiedziała jednak co, ale najwyraźniej chłopak postanowił przestać się z tym kryć.
– Głupcy... Nie uda się wam. Moja matka was pokona – powiedział. Wzrok wszystkich spoczął na nim i na jego parszywym uśmiechu. – No co? Chyba nie liczyliście, że wam pomagam? Oh... Wy... Wy daliście się nabrać... Jaka szkoda. Nawet ty, Cyntia? Nawet ty? Eh... Kiedy moja matka zdobędzie tron, a ja zostanę księciem, to ty będziesz moją księżniczką.
– Chyba śnisz – mruknęła rudowłosa, wyjmując nóż zza pasa.
– Cyntia, nie! – Edmund złapał dziewczynę, nim ta zdążyła zrobić coś głupiego. – Będzie dla nas źródłem informacji.
– Próbujcie. I tak nic wam nie powiem, a jeśli mnie zabijacie to trudno. Może życie i tak jest niewiele warte i prędzej czy później każdy z nas umrze. Śmiało. Torturujcie mnie do woli. Nic wam nie powiem, no chyba, że Cyntia...
– Nie zapędzaj się, Cyntia nic dla ciebie nie zrobi, prawda? – powiedział szorstko Rilian. Dziewczyna przytaknęła. – Straże! Zabrać go!
 Nagle, znikąd, z mgły wyłoniła się ona. Zielona Czarownica.
KONIEC

Witajcie!
Kłamca!
Ładnie się witasz...
Aye. Jesteś kłamcą.

 Nie ufaj w każde moje słowo, poza tym nic ci się nie stało.
Nic nie stało? 3 godziny w depresji by potem dowiedzieć się, że to jednak Erwin umarł, a ty mi napisałaś, że Armin ;-;

Nie, nie napisałam, to ty to napisałaś, a ja tylko nie chciałam wyprowadzać cię z błędu :)
Dobra, nieważne. Ważne, że narrator żyje XD
Głupio byłoby uśmiercić narratora hehe. Nikt nie wie o co chodzi, ale co tam.
Ale w sumie to i tak jesteś okropna. Ja myślałam, że ich zabijasz, a ty takie coś... Jak możesz patrzeć w lustro? I przysięgam, że nic nie wiedziałam i nie maczałam palców w parringu Lennox x Cyntia. Ja im kibicowałam, no!
Nie mogę, bo mam krzywy ryj, więc nie patrzę. Dobra, nieważne. Mam słaby internet więc wolałabym to skończyć.
To ten... Przepraszam, że krótko, ale jestem wykończona łażeniem po Krakowie. Na całe szczęście w hotelu jest internet (dość wony, ale jest) i mogę to wstawić :).

Pozdrawiamy,
Aya i Zjawa



P.S. Tak bardzo Monika ;-; 




sobota, 6 sierpnia 2016

one shot/specjalne opowiadanie


Cześć! 
Wiem, że to znowu nie rozdział, ale mam ku temu powody, które wyjaśnię potem. Przyznaję, że się trochę stresuję przed wstawieniem tego, bo to jednak jakaś nowość, ale liczę, że Wam się spodoba.
Tak w ogóle to rozdział chciałabym zadedykować wszystkim, którzy weszli choć raz na tego bloga. Oczywiście szczególne podziękowania dla komentujących. Wszystkich komentujących. 
P.S. Bohaterowie pojawiający się tutaj nie pojawią się w głównej historii, no chyba, że jako postaci epizodyczne/ileśtamplanowe. 


Stuk. Stuk w szybę okna robił się coraz bardziej natarczywy. Gałąź? Florence szczerze w to wątpiła. Podniosła głowę z poduszki i odgarnęła brązowe kosmyki z twarzy. Usiadła na łóżku i otworzyła okno.
– Cześć Armin – wymamrotała na widok przyjaciela.
– Obudziłem cię? – spytał, wskakując przez okno do pokoju. Dziewczyna pokiwała głową. – Przepraszam... – wyszeptał, odwracając wzrok od twarzy dziewczyny.
– Przestań, gdyby nie ty, spałabym do południa – powiedziała z promiennym uśmiechem i potargała chłopaka po jego jasnych włosach. – A tak właściwie to czemu zawdzięczam twoją wizytę?
– Jak powiem, że się stęskniłem to nie uwierzysz?
– Nie bardzo – powiedziała, wstając. Podeszła do małej, rozpadającej się szafy. Otworzyła ją i zaczęła wybierać ubranie, które było najmniej zniszczone. Armin z uwagą przyglądał się każdemu jej ruchowi. Florence była drobną, niską dziewczyną, o cudownych, dużych, błękitnych oczach, w które mógłby patrzeć godzinami. Bardziej od jej oczu, lubił tylko jej uśmiech, ale nie taki jakim obdarowywała go zawsze, tylko ten prawdziwy. Wiedział co dziewczyna przechodzi, ale nie mógł jej pomóc. Florence była poniżana i bita przez ojca, który został wyrzucony z armii. Był zbyt agresywny. Matka dziewczyny dawno zmarła z powodu ciężkiej choroby i dziewczyna została sama. Oczywiście, kiedy miał okazję, bronił dziewczyny przed ojcem. A jak się poznali? Armin uratował ją przed utonięciem gdy ta miała dwanaście lat, a on trzynaście i od tamtego czasu się zaprzyjaźnili. Wtedy po raz pierwszy i ostatni zobaczył jej prawdziwy uśmiech. Zapamiętał go i wspominał codziennie, przez cały czas ich przyjaźni. Cztery lata czysto przyjacielskiej relacji. Jednak chłopak od jakiegoś roku czuł do niej coś więcej.
– Zaraz przyjdę, tylko się przebiorę – powiedziała i zamknęła za sobą drzwi łazienki. Chłopak w tym czasie położył się na jej łóżku. Było wygodne. Znacznie wygodniejsze niż siano w stodole starego Grega (parszywe dziadzisko, ale nie zamykał stodoły), ławek, ziemi czy gałęzi. Armin nie miał domu, jego zmarli w czasie epidemii grypy, gdy ten miał jedenaście lat. Od tamtego czasu żył na ulicy. Kradł, włamywał się do opustoszałych budynków lub stodół, garaży czy przydomowych składzików.  Nie lubił gdy ludzie się nad nim litowali, dlatego odrzucał wszelką pomoc.
– Masz wygodne łóżko – mruknął, gdy usłyszał skrzypienie drzwi łazienki.
– Naprawdę? Mi śpi się na nim cholernie źle – odparła siadając obok leżącego chłopaka.
– To przez twoje siniaki na plecach – powiedział. Dopiero po tym zrozumiał, że nie tego nie chciał. Florence zwiesiła głowę. – Przepraszam, nie chciałem. Możesz się dziś wyrwać z domu? Król dziś przyjeżdża do wioski.
– Musiałabym spytać ojca, ale znając niego, nie pozwoli mi. Znowu mnie wyzwie od szmat i po... – mówiła, wycierając łzy. Armin usiadł obok niej i podał jej swoją chusteczkę. Coś w nim pękło. Miał już dość patrzenia na zapłakaną dziewczynę, martwiącą się czy ojciec dziś ją pobije czy nie.
– To go nie pytaj. Ucieknij ze mną przez okno – rzekł pewnym tonem. Chwycił ją za nadgarstek i pociągnął za sobą.
– Ale... Armin, ja nie...
– Nie pytam cię o zdanie. Więcej tu nie wrócisz. Jestem pewny, że Savannah i jej rodzice pozwolą ci u nich zamieszkać , a jeśli nie to... to będę chodził po domach i nękał ludzi żeby cię przyjęli pod swój dach i obdarzyli cię ciepłem. Nie zasługujesz na to wszystko co cię do tej pory spotkało i żałuję, że nie zrobiłem tego wcześniej.
– Jesteś wspaniałym przyjacielem – powiedziała, ruszając za nim.
„Ta, przyjacielem... Pewnie gdybym był bogatym szlachcicem albo jakimś księciem to rzuciłaby mi się na szyję i chciała mieć ze mną setkę małych, wrzeszczących w niebogłosy dzieci” – pomyślał.

Szli razem przez wioskę. Armin co chwila zmieniał temat i żartował, byle by Florence zapomniała o jego słowach, które doprowadziły ją do potoku łez. Nagle między nich wbił się chłopak średniego wzrostu. Miał ciemne włosy i oczy, a na twarzy promienny uśmiech.
– Nie przeszkodziłem w randce, prawda? – spytał.
– My i randka? Żartujesz sobie z nas, Reyos? – spytała dziewczyna, szturchając przyjaciela w ramię.
– Ta, ta... Żartuję, yhym...
– Możemy zmienić temat? – spytał Armin, którego policzki zrobiły się czerwone.
– Niech ci będzie, kochasiu. To co tutaj robicie? – mruknął Reyos, patrząc na próbującego opanować rumieńce przyjaciela.
– Spacerujemy i...
– Uciekłam z domu – rzuciła Florence. Wyglądała jakby znowu miała się rozpłakać. Nie potrafiła ukryć wyrzutów sumienia.
Reyos stanął w miejscy i z otępieniem wpatrywał się w przyjaciół.
– To jakiś żart? A może w ukryciu jesteście parą i zamierzacie uciec razem za góry i lasy?
– Na oba pytania odpowiedź brzmi nie. Po prostu nie chciałem by dłużej tam była. Mam dość patrzenia jak płacze i nigdy więcej jej na to nie pozwolę – powiedział Armin, opierając się o ścianę budynku. Jego policzki ponownie zrobiły się czerwone.
W ciszy wymieniali spojrzenia, gdy z daleka nadeszła Savannah, poprawiająca swoje kruczoczarne włosy, sięgające do jej ramion. Gdy znalazła się blisko przyjaciół, obdarowała ich promiennym uśmiechem.
– Witajcie! Stało się coś? Reyos wygląda jakby już kompletnie przestał myśleć – powiedziała, targając ciemne włosy chłopaka.
– Sava, mam ważne pytanie. Czy Florence może u ciebie zamieszkać? – wypalił Armin, nim Florence zdążyła cokolwiek powiedzieć.
– Arminku, w moim domu jest aktualnie wylęgarnia dzieci i nawet dla mnie nie ma tam miejsca – powiedziała, mierząc chłopaka swoimi zielonymi tęczówkami. – Uciekłaś z domu, Flore?
– Armin mnie wyciągnął – odparła dziewczyna.
– Nie zwalaj winy na mnie, dałem ci wybór.
– Nie, nie dałeś.
– Wiesz, mogłaś chociaż skłamać. Znowu to ja wyszedłem na najgorszego – mruknął, mierzwiąc jej włosy.
– Jak ja kocham te ich podchody – szepnęła Savannah do Reyosa. Chłopak przytaknął, po czym westchnął.
– Zamierzamy tutaj tak stać? Bo wiecie, robię się głodny, a nie chciałbym przegapić przyjazdu króla, bo w tym czasie jadłem – powiedział Reyos. Wszyscy wymienili ze sobą spojrzenia. Reyos westchnął i wyciągnął sakiewkę pełną brzęczących monet ze swojej torby. – Udało mi się wczoraj wygrać w karty z Thomasem, więc stawiam wam żarcie z karczmy.
Wszyscy przystali na jego propozycję. W końcu darmowe śniadanie, nie zdarza się zbyt często.

Reyos kopnął drzwi karczmy.
– Panie przodem – ukłonił się, przepuszczając Florence i Savannah przodem. Armin stał i czekał, aż przyjaciel przestanie się wygłupiać. – Nie słyszałeś? Panie przodem.
– Idiota – mruknął Armin, chwytając Reyosa za kołnierz koszuli. Pociągnął go za sobą do stolika, przy którym spoczęły dziewczyny. Zajęły miejsce przy oknie, z dala od ciekawskich oczu. Szczerze, Florence nie wiedziała dlaczego ludzie dziwnie patrzą się na czwórkę nastolatków, przychodzących na posiłek. Nie było to nic nadzwyczajnego. Myślała, że może to ze względu hałasów, które czasem dobiegały z jej domu. Może było to spowodowane piękną Savannah. Była też opcja, że wszyscy przebywający w karczmie byli hazardzistami i przegrali z Reyosem w karty albo byli zwykłymi ludźmi, którzy zostali obrabowani przez Armina i się o tym dowiedzieli. A może wszystko naraz?
Wszyscy, prócz Armina, który nie chciał śniadania za pieniądze przyjaciela, zamówili jajecznicę, którymi po chwili się delektowali. Jasnowłosego stać było jedynie na chleb z masłem. Droższej karczmy nie dało się wybrać? A może to Armin ukradł za małą ilość pieniędzy?
W każdym razie, zjedli wszystko to co zamówili. Zostali jeszcze by porozmawiać o młodym królu, który miał odwiedzić ich wioskę.
– Jak myślicie? Jest przystojny? – spytała Savannah.
– Jest królem i, podobno, niezwyciężonym wojownikiem, a kobiety do niego lgnął. To coś chyba znaczy – odparła Florence.
– Och... Gdyby tak przyjechał na swoim śnieżnobiałym koniu i zabrał mnie ze sobą do zamku...
– To trochę próżne, nie uważasz? Mi tam król do szczęścia nie potrzebny.
– A czy ja mówię, że chcę być jego żoną? Jeżeli okazałby się dupkiem, nie miałby u mnie szans, nawet jeśli to król. Po prostu na tej wiosce jest piekielnie nudno. Nic tylko łazimy między sobą i pracujemy jak woły, a oni? Oni w pałacu mają wszystko! Wygodne łóżka, wykwintne posiłki, bale co tydzień, przystojnych facetów...
– Dzięki, Sava – mruknęli Reyos i Armin.
– Oczywiście prócz was, jedyni przystojni faceci w tej wiosce! Następnym razem dajcie mi skończyć nim się wypowiecie.
– Ciekawe czy mają tam jakieś ładne panie, bo tutaj żadnych nie widzę – powiedział Reyos, patrząc na Savannah. – Oczywiście nie miałem na myśli two...
– Jeszcze jedno słowo, a wybiję ci zęby – zagroził Armin.
Gdy skończyli rozmawiać nastało południe. W karczmie spędzili jakieś dwie godziny. Czym prędzej wybiegli z karczmy by zobaczyć jak król wjeżdża na swoim śnieżnobiałym koniu do ich wioski. Na ich nieszczęście było już pełno ludzi. Szukali jakichś skrzynek lub czegoś innego, na czym mogliby stanąć, ale niczego nie znaleźli. Wszystko było pozajmowane, a przepychanie się przez tłum nie byłoby najlepszym pomysłem. Nawet na gałęziach drzew siedzieli ludzie. Nie tylko dzieci, ale nawet dorośli. Nagle usłyszeli zduszone okrzyki. Przybył. Armin i Savannah stanęli na palcach. Chłopak miał metr osiemdziesiąt wzrostu, a dziewczyna była niższa od niego o zaledwie cztery centymetry , czego nie można było powiedzieć o Reyosie, który ledwo miał metr siedemdziesiąt. Tym bardziej  nie można było powiedzieć tego o Florence, która miał zaledwie metr sześćdziesiąt trzy wzrostu. Armin widząc misterne próby dziewczyny, ukląkł przed nią tyłem.
– Wskakuj, wezmę cię na barana – powiedział z uśmiechem. Dziewczyna nie odpowiedziała. Zapatrzyła się na coś, a raczej na kogoś. Gdy Armin również dostrzegł to co ona, szybko chwycił ją za nadgarstek i pociągnął za sobą.
– A gdzie wy?! – krzyknął Reyos. Po chwili Savannah pokazała mu przed czym uciekli. Ojciec Florence. W dłoni miał siekierę i nie wyglądał na przyjaźnie nastawionego.
– Nie ruszaj się, musimy ich kryć. Choćby nie wiem co. Ten człowiek jest niebezpieczny. Moglibyśmy pójść do jakiegoś strażnika, kiedy nas minie. – Savannah zawsze zachowywała trzeźwe myślenie, bez względu na to jak beznadziejna była sytuacja. Reyos lekko spanikował, ale starał sie zachowywać pozory normalności. Ojciec Florence nie wyglądał na trzeźwego. Zataczał się i obijał o budynki i ludzi. Mężczyzna zmierzał w ich stronę.
– Sava, nie lepiej uciekać? – spytał Reyos, zerkając co jakiś czas w prawo.
– Nie, wydałoby się to podejrzane. Poza tym, koleś ma siekierę.
– Właśnie dlatego chcę uciekać. Nie chcę skończyć swojego życia, będąc pokrojonym na małe kostki.
Savannah uniosła brew i popatrzyła na przyjaciela.
 – Nie dramatyzuj. Jeżeli już to obetnie ci nią głowę, albo wbije ci ją w czaszkę, a krew będzie lała się strumieniami – mruknęła, jakby od niechcenia, jakby jej słowa były czymś zupełnie normalnym.
– Zaczynam się ciebie bać...
– Dzięki.
Reyos odwrócił od niej wzrok i zajął się udawaniem, że wszystko jest w najlepszym, porządku. Kątem oka obserwował mijającego ich ojca Florence. Odetchnął z ulgą, gdy mężczyzna poszedł dalej, nikogo nie zaczepiając. Zaczął się jednak zastanawiać dlaczego ludzie nie zwracają uwagi na pijanego gościa z siekierą. Przecież to ewidentnie śmierdzi morderstwem. Bo chyba nie wybrał się tak na grzyby, prawda?
– Chodź, znajdziemy jakiegoś strażnika. – Savannah złapała go za przedramię i pociągnęła za sobą. Razem ruszyli na poszukiwanie strażnika. Nie było to trudne, teraz było ich pełno. Gorzej było z przedostaniem się przez tłum.

W tym samym czasie kiedy Savannah i Reyos walczyli o przetrwanie w tłumie rozwrzeszczanych ludzi, Armin i Florence wbiegli w las. Dziewczyna dyszała ze zmęczenia. Trudno było nadążyć nad wysokim, młodocianym złodziejem.
– Armin, zwolnij! Nie nadążam! – powiedziała Florence.
– Mogę cię ponieść – zaproponował Armin, podchodząc do dziewczyny z zamiarem podniesienia jej.
– Nie, nie musisz. Nie chcę jeszcze bardziej obciążać. Wiesz, najlepiej gdybyś wrócił do Reyosa i Savannah. Zawsze ratujesz mnie z opresji, a ja zawsze wpędzam cię w kłopoty. Nie chcę już tego tak dalej ciągnąć. Też chciałabym ci kiedyś pomóc, ale ty tego nigdy nie chcesz, więc zerwanie między nami kontaktów powinno być największą przysługą dla ciebie. 
– Nie gadaj głupot – mruknął, przerzucając ją przez ramię.
– Hej! Postaw mnie! Armin!
– Nie wierzgaj, bo cię upuszczę!
– Zawsze musisz być taki uparty?
– I ty to mówisz?
– Możesz mnie już postawić? Nie ucieknę, obiecuję.
Chłopak westchnął, ale w końcu zatrzymał się i postawił dziewczynę, ale wciąż kurczowo ściskał jej rękę.
– Myślę, że możemy odpocząć kilka chwil.

Savannah i Reyos wypadli z tłumu, wprost na stopy strażnika. Mężczyzna nie wyglądał zbyt przyjaźnie. Patrzył na nich wyniosłym wzrokiem. Savannah miała wrażenie, że uważa się za kogoś lepszego. Nie pomógł im nawet wstać, wpatrywał się w nich jakby byli główną atrakcją dla odwiedzających wioskę. Reyos miał wrażenie, że ich starania poszły na próżno, ale nie szkodziło spróbować.
– Przepraszamy, potrzebujemy pomocy, a właściwie nasz przyjaciółka jej potrzebuje – powiedział, gdy tylko stanął na nogi.
– O co chodzi? – spytał strażnik.
– Ojciec naszej przyjaciółki on... To ciężkie...
Savannah postanowiła wyręczyć drżącego Reyosa i szybko opowiedziała o wszystkim strażnikowi. Mężczyzna po usłyszeniu historii nabrał człowieczeństwa w ich oczach.
– Dlaczego nic z tym jeszcze nie zrobiliście?
– Bo... Baliśmy się i obiecaliśmy Flore, że nic nie powiemy. Wiem, jesteśmy nieodpowiedzialni, a strach zbyt nas zahamował. Rozumie pan?
– Rozumiem, panienko. Rozumiem, a teraz zmykajcie poszukać tej dziewczyny. Ja idę po swoich towarzyszy.
Reyos i Savannah jeszcze przez chwilę patrzyli na odchodzącego szybkim krokiem strażnika. Nadal czuli się głupio po rozmowie z nim, ale równocześnie kamienie spadły z ich serc. Poczuli się lepiej, wiedząc, że przyjaciółka będzie już bezpieczna.
W końcu ruszyli przed siebie w poszukiwaniu przyjaciół. Wołali ich tak długo, że gardła zaczęły im wysiadać. Savannah miała wrażenie, że zaraz wypluje płuca, a Reyos czuł, że zaraz odpadną mu nogi.
Kiedy byli u kresu sił, dostrzegli Armina i Florence siedzących na drzewie, na obrzeżach lasu, otaczającego wioskę.
– Goni was? – spytał Armin.
– Ciebie też miło widzieć, Arminku – wysapała Savannah.
– Wszystko w porządku, pozbyliśmy się problemu – powiedział Reyos, padając na kolana.
– Co masz na myśli? – spytała Florence, schodząc z drzewa.
– Powiedzieliśmy o wszystkim strażnikowi z zamku.
– C – co zrobiliście?
– Trzeba to było zrobić już dawno i nie ukrywaj, że nie. A teraz chodź, cieszyć się dniem i nowym, bezpiecznym życiem – powiedziała Savannah, gdy mogła już swobodnie oddychać i podała jej dłoń.
– Wiem, ale bałam się to zrobić... – powiedziała cicho Florence.
– Jak my wszyscy – odparł Armin podchodząc do dziewczyny. – Ale już nie musisz się niczego bać.
– Dziękuję – wyszeptała. – Za wszystko.
Uśmiechnęła się do każdego z nich. Najdłużej zatrzymała się przy Arminie. Chłopak ponownie zobaczył TEN uśmiech. Poczuł się szczęśliwy, że może zobaczyć go ponownie, po tylu latach. Przysunął się bliżej i pocałował dziewczynę w czoło. Reyos już otworzył usta by to skomentować, ale Savannah w porę go powstrzymała.
– Daj im już spokój. Niech jeszcze poudawają, że nic między nimi nie ma, uroczy są jak się tak zachowują – szepnęła. Reyos wywrócił teatralnie oczami.
– To co? Idziemy zobaczyć króla? – spytał Reyos. Wszyscy przystali na jego propozycję i udali się na plac. Po drodze widzieli w oddali ojca Florence prowadzonego przez strażników. Dziewczyna poczuła ulgę na ten widok.
– Armin? – Florence odwróciła się w jego stronę.
– Hę?
– Wygląda na to, że mam wolny pokój w domu, może chciałbyś...
– Nie. – Przerwał jej. – Wiesz, że nie lubię dostawać pomocy. Dam radę, po prostu we mnie uwierz.
– Wierzę, zawsze wierzyłam.

Król Rilian stanął na prowizorycznej drewnianej scenie. Savannah uznała, że wygląda na całkiem przyjaznego, ale wyobrażała go sobie inaczej. Myślała, że nie jest aż tak młody. Spodziewała się gościa po trzydziestce, a nie młodego, dwudziestoletniego faceta, który swoją energią rozniósłby całą armię w pył.
Ludzie zgromadzili się wokół sceny. Król Rilian trzymał w dłoni miecz. Zapowiadało to tylko jedno, pojedynki. Reyos szturchnął Armina w ramię, dając mu do zrozumienia, że jasnowłosy powinien spróbować. Gdy tylko król spytał kto pierwszy chciałby stoczyć z nim pojedynek, Armin został natychmiast wypchnięty do przodu przez swoich przyjaciół. Rilian uśmiechnął się do niego.
– Daj mu miecz – rozkazał swojemu słudze. Armin wyciągnął rękę po broń. Miecz był idealnie wyważony, chłopak obejrzał go dokładnie, po czym wskoczył na scenę.
– Jeżeli po pięciu minutach żadnemu z was nie wypadnie miecz, oznacza to remis. Czas start – powiedział sługa, obracając klepsydrę.
Zaczęło się. Rilian natarł pierwszy. Armin zrobił pokraczny unik, a potem sam spróbował zadać cios, jednak Rilian zręcznie go zablokował. Król okręcił swój miecz, wokół miecza Armina. Broń jasnowłosego chłopaka poszybowała, jednak Armin chwycił ją, gdy ta była tuż nad nim i ponownie zadał cios, który Rilian ledwo zablokował. Król był pewien, że już wygrał walkę, a tymczasem miecze nadal o siebie uderzały, wydając charakterystyczny dźwięk.
– Pięć minut minęło! – krzyknął sługa. – Remis! Walki nie rozstrzygnięto!
Armin oddał miecz i natychmiast pobiegł do przyjaciół.
– Gratulację – powiedziała Florence.
– Meh... Powinieneś go pokonać – mruknął Reyos.
– Oj, Rey... To król, jego nie da się ot tak pokonać – wtrąciła Savannah.
 – I tak dawał fory – mruknął Armin.
– Nieprawda. – Cała czwórka obróciła się w stronę głosu. Przed nimi stał nie kto inny jak Król Rilian we własnej osobie. – Niedawno reaktywowaliśmy przypałacową szkołę dla przyszłych rycerzy, szukamy młodych, uzdolnionych i silnych mężczyzn, dołączysz?
– Ja? Tak po prostu... Tak po prostu mnie Wasza Wysokość pyta? – zdziwił się jasnowłosy.
– Mów mi Rilian.
– Wasza Wysokość, Rilian, tak po prostu mnie o to pyta?
– Um... Tak, masz talent. Nie łatwo ze mną zremisować.
– Ja... Ja nie mogę – powiedział, patrząc kątem oka na niską szatynkę.
– Armin, – odezwała się Florence – to dla ciebie ogromna szansa, idź!
– Ale...
– Zrób to dla mnie, proszę – nalegała.
– A wy? – Armin spojrzał na Savannah i Reyosa.
– My? To Florence cię nie przekonała? Przecież...
– Zamknij się, Rey. – Uciszyła go brunetka, stając mu na stopie. – Flore, ma rację. To dla ciebie szansa. Nie zmarnuj jej. A nami się nie przejmuj. Damy sobie radę i będziemy cię odwiedzać, nawet jeśli jest to zabronione – powiedziała, puszczając oczko w stronę Riliana.
– W takim razie... Zgadzam się – odparł jasnowłosy, uśmiechając się do swoich przyjaciół, którzy byli podekscytowani bardziej od niego.
– To postanowione. Wyślę po ciebie kogoś jutro. W południe będzie czekać na tym placu. Dziś pobaw się jeszcze ze swoimi przyjaciółmi i dziewczyną – powiedział Rilian.
– Ha! Już go lubię! – odparł Reyos z huncwockim uśmiechem.
– To nie jest moja...
– W porządku, nic się nie stało – powiedziała Florence, chwytając chłopaka za dłoń. – Zawsze mogę nią zostać – szepnęła, tak by tylko on mógł to usłyszeć.

Poprzedniego dnia bawili się do upadłego. Cała czwórka nocowała w domu Florence. Nawet Armin nie wybrzydzał. Nie wiadomo było czy coś go nagle nawiedziło czy po prostu był zbyt zmęczony by protestować.
Obudzili się przed południem. Mieli jakąś godzinę na pożegnanie się. Armin był z jednej strony szczęśliwy, że w końcu może przestać kraść, będzie miał dom, a do tego w przyszłości zostanie rycerzem i będzie walczył dla króla, ale z drugiej strony nie chciał opuszczać swojej nowej dziewczyny i przyjaciół.
Ich pożegnanie było ciche i obyło się bez zbędnych ceregieli. Po prostu usiedli w kółku i się do siebie przytulili. Nic wielkiego, ot, grupowy uścisk, ale mimo wszystko, dodawał on niesamowitej energii.
Florence, Savannah i Reyos odprowadzili Armina aż do czekającego na niego strażnika i ponownie wykonali grupowy uścisk. Potem patrzyli na odchodzącego chłopaka, krzycząc do niego jeszcze:
– Bądź ostrożny!
– Nie przynieś nam wstydu!
– Odwiedź nas szybko!
– Obiecuję – powiedział do siebie po nosem, nie odwracając się. Nie chciał się zbytnio wzruszyć i na ich widok zmienić decyzji. Chciał by byli z niego dumni. 

KONIEC

Cześć znowu!
Nie planowałam tego, ale mam kilka powodów:1. nawiedziła mnie wena na coś takiego;
2. potrzebowałam odskoczni od "wszystko dzieje się w zamku";
3. 30 lipca minął pierwszy rok bloga, ja o tym zapomniałam, więc uznałam, że przydałoby się coś specjalnego na tę okazję;
4. jutro jadę do Krakowa na kilka dni i nie wiem czy będę miała internet w laptopie, a nie chciałam zostawiać Was tak z niczym.
To wszystko. Napisałam to w jeden dzień. Jestem przerażona. Jak? Jak mi się udało?! Wena to kapryśny twór, serio. Mam nadzieję, że mnie nie zlinczujecie za to, że to nie rozdział. Możecie zadać mi pytania odnośnie głównej historii, a ja odpowiem na wszystkie (ale postaram się też wszystkiego tak znowu nie zdradzać). Macie jakieś specjalne życzenia co do rozdziałów? Proszę bardzo! Postaram się je spełnić (albo Aya je spełni). Tylko nie z pewną parą, którą lubicie, do Cyntia x Lennoś mam już plany, o których nawet Aya nie wie. Przepraszam Was i dziękuję, wszystkim, którzy czytali wpisy na tym blogu przez ten cały rok, dziękuję za pieprzenie o Edly i trojaczkach (nigdy tego nie zapomnę XD), za czytanie pierwszej części, która była gówniana (nie wiem jak Wam się udało), za komentarze i w ogóle za wszystko.
Do zobaczenia, tym razem w rozdziale 16 (ale już tym prawdziwym)!
Pozdrawiam,
Zjawa

.
.
.
.
.
.
template by oreuis