czwartek, 29 października 2015

ROZDZIAŁ XXVII


Słońce już dawno wstało, mimo to Liliana spała jeszcze w najlepsze. Do jaskini weszła Ava. Blondynka nie zauważyła śpiącej rudowłosej, co skończyło się bliskim spotkaniem z ziemią.
-Jeszcze śpisz?- spytała Ava, wstając i otrzepując się.
-Teraz już nie.- powiedziała zaspana.
-Gdzie ty w nocy łaziłaś, że jesteś taka niewyspana?- spytał, sięgając po swój łuk.
-Nie mogłam zasnąć.
-Powiedz lepiej, że łaziłaś po lesie z Edmundem. Niech zgadnę, chichotałaś z każdego beznadziejnego żartu, całowaliście się co chwila i przytulaliście, prawda?- popatrzyła na rudowłosą przenikliwym wzrokiem i uśmiechnęła się.
-Tylko rozmawialiśmy, a pocałowałam go tylko jeden raz.- powiedziała wstając z posłania.
-Nie macie się co kryć. Wszyscy wiedzą.- powiedziała. Miała już nic nie mówić, zabrać kołczan ze strzałami i wyjść, ale przypomniała sobie o jednym, ważnym aspekcie. –Wszyscy, prócz twojego ojca. A Dyzma nie lubi Edmunda, więc musicie się z tym kryć.
Liliana popatrzyła na dziewczynę z lekkim przerażeniem w oczach. Zupełnie jakby czytała w jej myślach.
-Nic mu nie powiesz?- spytała rudowłosa, krzyżując ręce na piersi.
-Nie chcę jeszcze umierać, więc nie.- blondynka zaśmiała się, zabrała kołczan ze strzałami i łuk, po czym wyszła. Liliana odetchnęła z ulgą. Wzięła swój miecz i również wyszła na polanę. Było zimniej niż poprzedniego dnia. Wszyscy z uporem ćwiczyli. Zuchon bezskutecznie próbował pokonać Edmunda, który za każdym razem wytrącał mi miecz z rąk. Nagle z lasu wyszli jej ojciec i Piotr niosący jakieś torby. Dziewczyna zaczęła przeczuwać, że będą kłopoty. Nie miała ochoty słuchać jaki to Piotr jest świetny. Jasne, lubiła go, ale nie w taki sposób w jaki chciałby ojciec. Widziała to już podczas nocnej rozmowy z nim. Miała ochotę zapaść się pod ziemię, gdy tylko ujrzała jak ojciec idzie w jej stronę.
-Dzień dobry Liliano.- mężczyzna uśmiechną się. Nagle przed jego oczami przeleciał miech Zuchona. –Jeżeli mnie chłopcze nie lubisz, powiedz mi to w twarz. Ja za tobą też nie przepadam, ale nie próbuję cię zabić.- powiedział zwracając się do Edmunda.
-Przepraszam, to był wypadek.- powiedział zmieszany. Dyzma popatrzył na niego z pogardą i oddalił się. Ręka Liliany odruchowo wylądowała na jej czole.
-Brawo.- syknęła przez zęby, po czym spiorunowała Sprawiedliwego wzrokiem.
-Liliano! Chodź mi pomóc!- krzyknął Dyzma. Dziewczyna popatrzyła na Edmunda smutnym wzrokiem po czym pobiegła do ojca. Chłopak stał i przeklinał swoje zachowanie w głowie. On, broń i Dyzma w pobliżu to nienajlepsze wyjścia. W pewnym momencie kopnął z całej siły kamień, leżący obok jego stopy. Kamień zatrzymał się na nodze Damiena, który szedł w stronę łuczników.
-Niech zgadnę, ojciec Lili?- spytał Archenlandczyk podchodząc bliżej. Edmund przytaknął. –Niedługo mamy wybrać się na Ker-Paravel.- zauważył Damien.
-No i?
-No i to, że no wiesz, gdyby Liliana potrzebowała pomocy, a ty byś ją uratował, to pewnie urósłbyś w jego oczach. Proste, prawda?
-To całkiem logiczne.
-Więc się nie przejmuj i ćwicz dalej.- powiedział Damien odchodząc.


*****

Ava siedziała pod drzewem gapiąc się przestrzeń. Było coraz zimniej. Zapowiadało się, że niedługo spadnie pierwszy śnieg. Będzie wtedy o wiele trudniej walczyć, jakby teraz było łatwo. Byli zdecydowanie gorzej uzbrojeni niż armia Jasira, a do tego było ich znacznie mniej. Do tego nie wiedziała jak postąpi Piotr, jeżeli wygrają. Bała się, że wtrąci ją do lochu za zdradę Narnii, ale ona była z Archenlandii, więc pewnie wysłałby ją to więzienia tam. Dziewczyna zamknęła oczy, a gdy je tylko otworzyła ujrzała przed sobą lwie oczy. Wokół nikogo nie było. Tylko ona i Aslan, lśniący w blasku słońca. Nie było już zimno, wręcz przeciwnie, było przyjemnie ciepło. W oczach Avy pojawiło się przerażenia.
-Nie bój się Córko Ewy.- powiedział spokojnym głosem Wielki Lew. Na ten dźwięk dziewczynę przeszedł dreszcz. Blondynka wstała spod drzewa i ukłoniła się przed lwem. Syn Władcy Zza Morza kiwną głową, by ta szła za nim.
-Zapewne zastanawiasz się, dlaczego tu jesteś, prawda?- spytał.
-Owszem, ale bardziej ciekawi mnie, dlaczego właśnie ja tu jestem?- spytała, idąc obok lwa.
-Powinnaś szykować się do walki. Nie zostało wiele czasu.- powiedział ze smutkiem.
-Do czego?- spytała patrząc w dół. Ujrzała, że na jej nogach, nie ma już starych, poobdzieranych butów, tylko białe buty na obcasie. Jej zniszczona sukienka zmieniła się z długą suknię w jasnoniebieskim kolorze z białymi zdobieniami. Lekko rozkloszowana u dołu i dopasowana u góry. Takiego ubioru pozazdrościłaby nie jedna Archenlandzka szlachcianka.
-Każdemu opowiadam jego historię.- powiedział. –Żegnaj Avo.
-Zaraz! Zaczekaj! Aslanie!- krzyknęła, ale po Wielkim Lwie nie było już śladu. Dziewczyna obejrzała się za siebie, a gdy tylko znowu zwróciła się przed siebie ujrzała ogromną salę tronową. Była na Ker-Paravelu. Wszyscy zgromadzili się przy podwyższeniu na którym stały  pięć tronów. Siedziało na nich rodzeństwo Pevensie i Kaspian. Słychać było wiwaty ludu. Ava podeszła bliżej. Przepchnęła się do pierwszego rzędu by widzieć wszystko dokładniej. Zauważyła, że prócz niej, na samym początku w rogu stoją Liliana i Damien. Wpatrywali się we władców. Blondynka postanowiła zrobić to samo. Nagle jakby przeniosła się w czasie. Stała w tym samym miejscu, jednak wszyscy goście oraz władcy oddali się zabawie. Narnijska muzyka wypełniła cały zamek.
-Tu jesteś! Szukałem cię!- dziewczyna obejrzała się za siebie. Piotr wpatrywał się w nią swoimi niebieskimi oczami. –Chodź tańczyć.- nie czekał na jakąkolwiek reakcję dziewczyny. Chwycił ją w talii. Blondynka na początku lekko się zmieszała, ale potem, w tańcu, poruszała się z gracją. Mimo, że Piotr nie deptał jej stóp, to i tak kątem oka szukała czegoś lub kogoś kto mógłby uwolnić ją od tego tańca.
-Coś nie tak?- spytał blondyn.
-Em... Wszystko w porządku.- odpowiedziała, rozglądając się po sali. Nagle poczuła na swoim policzku rękę Piotra, która kierowała ją w stronę jego twarzy. I stało się. Ich usta ponownie się zetknęły.
-A!- Ava otworzyła oczy. Rozejrzała się. Znowu miała na sobie swoje stare ubrania i siedziała na polanie. Odetchnęła z ulgą.
-Stało się coś?- przed sobą ujrzała Piotra.
-Nic, tylko przysnęłam. Możesz zostawić mnie już w spokoju?- powiedziała wstając. Nie czekała na odpowiedź i od razu odeszła w stronę jaskini.

*****

-Nie, nie tak. Naciągnij cięciwę bardziej. Tak jak ja.- Zuzanna demonstrowała Kaspianowi jak strzelać z łuku, jednak Telmarowi niezbyt to wychodziło. Łagodna starała się przekonać ukochanego, żeby lepiej zajął się walką na miecze, ale on nalegał. Co prawda z kuszą radził sobie świetnie, lecz łuk był dla niego jak czarna magia.
-Jesteś pewien, że to ma sens? Proszę cię Kaspian, skończ to, bo nie ma to najmniejszego sensu.- nalegała po raz któryś starsza Pevensie.
-Skoro tak uważasz...- Telmar w końcu uległ namowom Łagodnej. –A może ty spróbujesz powalczyć ze mną? –spytał Kaspian z szyderczym uśmieszkiem wyciągając miecz. Zuzanna również się uśmiechnęła. Już sięgała po miecz, gdy nagle usłyszała wołanie.
-Zuzanno!- Cyntia przybiegła zdyszana. –Ja... Ja byłam... w w-wiosce.- zaczęła mówić, próbując złapać oddech. –Jasir... On chce się koronować.- powiedziała prostując się i zabierając rude kosmyki z twarzy. Kaspian i Zuzanna pobledli, po czym spojrzeli na siebie ze zdziwieniem.
-Kiedy?- spytał Telmar, chowając broń.
-Pojutrze. Przynajmniej tak mówili w wiosce. Mieszkańcy nie chcą by rządził. Może uda mi się ich namówić na branie udziału w bitwie, ale w to wątpię. Prędzej posłuchają ciebie, królu.- Cyntia dygnęła delikatnie i popatrzyła na nich. Wyraźnie się zamyślili.
-Wiem co zrobimy.- powiedziała w końcu Zuzanna. –Pójdziemy do wioski w nocy. Musisz tylko powiedzieć, że gdy tylko wybije północ mają zjawić się na dziedzińcu pod drzewem. Zajmiemy się strażnikami i namówimy lud do uczestniczenia w tej bitwie.
-Tak jest. Wezmę jeszcze ojca i polecę do wioski.- powiedział Cyntia i natychmiast pobiegła uczynić to o czym powiedziała.

*****

Było przed północą. Ava, Liliana, Edmund i Damien weszli do wioski jako pierwsi. Na wypadek gdyby potrzebowali pomocy, reszta ukryła się nieopodal. Niektórzy strażnicy upili się i spali po ścianami, ale byli też tacy, którzy spełniali swoje rozkazy.
Dwóch padło od strzał. Reszta odwróciła się i do walki wkroczyli Liliana wraz z Edmundem, oczywiście Ava i Damien nie wycofali się, nadal strzelali. Dyzma ze skupieniem oglądał każdy ruch Edmunda. Nie chciał by zrobił coś jego córce. Po tym jak miecz Zuchona padł tuż przed nim, uważał że zabieranie Sprawiedliwego na jakąkolwiek bitwę jest niestosowne i niebezpieczne. Mimo, że bardzo chciał przyczepić się o coś do chłopaka, ten nie dawał mu żadnych powodów. Edmund walczył zawzięcie i nawet obronił Lilianę przed ciosem w tył głowy.
-Czysto! Wychodzić!- krzyknął Damien stając na środku placu. Zaraz z domów wyszli ludzie z pochodniami. Na podwyższeniu przy drzewie stanęli Kaspian i rodzeństwo Pevensie. Lud wpatrywał się w nich z zapartym tchem. Ich król żyje i ma się dobrze, a do tego wrócili legendarni władcy. Chęć walki zapanowała w większości serc ludu.
-Witajcie mieszkańcy Narnii!- przywitał ich Kaspian z uśmiechem. –Chcieliśmy was prosić o pomoc. Jutro nasz najeźdźca będzie koronował się na króla Narnii.- po tych słowach rozległy się szmery wśród ludu. –Musicie pomóc nam w unicestwieniu tego. –kontynuował Kaspian. –Weźcie broń i o świcie ruszcie z nami na Ker-Paravel. Razem może się nam udać i znowu przywrócić w Narnii ład i porządek.
-To wszystko?- wychyliła się jedna z mieszkanek wioski. –Mamy zrobić to za nic?
Zuzanna popatrzyła na nią krytycznym wzrokiem. Wyglądała, jakby zaraz miała wpaść w szał.
-Jeżeli nie chcesz żyć bezpiecznie, to droga wolna. Możesz od razu wdać się w ręce tego szaleńca!- krzyknęła Łagodna. Z pewnością lud uważał, że to ona jest szalona, a nie Jasir. Ale zadziałało. Kobieta umilkła i skryła się w tłumie.
Piotr wystąpił przed swoje rodzeństwo i Kaspiana.
-Za Narnię i za Aslana!- krzyknął unosząc miecz. Tłum zaczął wiwatować. Setki pochodni uniosły się do góry. Wśród nich były też miecze Dyzmy i jego córek oraz łuki Damiena i Avy. Poczuli, że może im się udać. Za Narnię i za Aslana.
______________________________
Wiem, rozdział krótki i do tego dość słaby. Nie jestem z niego w pełny zadowolona, choć nawet podoba mi się ten zryty sen Avy. Rozdział miałam wstawić jutro, ale raczej bym nie zdążyła, bo czeka mnie dzień pełen łażenia. Już na samą myśl bolą mnie nogi. Dlaczego nie mam rodzeństwa, które mogłoby mnie z tego wszystkiego wyręczyć? W sumie to ja w ogóle nie mam rodzeństwa... No nie ważne. Jak pewnie wiecie w przyszłym tygodniu rozdziału nie będzie ( w poście informacyjnym tłumaczyłam dlaczego ). I w sumie to tyle.
Do zobaczenia następnym razem.


~Zjawa

niedziela, 25 października 2015

ROZDZIAŁ XXVI


Światło wpadało do celi przez małe okienko z kratami. Eleonora siedziała skulona w kącie. Cały czas była pod obserwacją ojca rudowłosych. Zdawało jej się, że ani razu nie mrugnął. Podrzucał nóż i łapał go, nie spuszczając wzroku z Eleonory. Nagle schował nóż i odwrócił głowę w prawą stronę. Właśnie przyszli strażnicy ze śniadaniem, a właściwie suchym, często spleśniałym już chlebem i wodą. Drzwi celi uchyliły się, strażnik wszedł do środka i zaczął wydawać porcje. Gdy tylko przyszła kolej na ojca rudowłosych, mężczyzna podszedł do strażnika i z całej siły wbił mu nóż w szyję. Reszta więźniów wzięła kamienie, lub zabrała broń zabitemu strażnikowi. Zaczęła się walka. Kilku bardziej wyczerpanych więźniów popadało dość szybko. Ojciec rudowłosych chwycił Eleonorę za ramię i wyszedł z celi. Nie przejmował się walczącymi ze strażnikami więźniami. Gdy tylko jakiś sługa Jasira próbował go zaatakować, mężczyzna robił unik i wpijał mu nóż w plecy. Zaraz dołączył do nich łysy i otyły rybak. Wyszli z lochów, nie czekając na nikogo. Pozostała w zamku straż, również nie zrobiła na nich wrażenia. Rozprawili się z nimi szybko, beż ani jednego zadrapania. Eleonora patrzyła na nich z przerażeniem w oczach. Nie mogła pojąc w jaki sposób dwójka wieśniaków może dokonać czegoś takiego. W końcu wyszli z pałacu. Ręka ojca rudowłosych zacisnęła się jeszcze bardziej na ramieniu Eleonory. Było zimno, a do tego wiał mocny wiatr. W powietrzu czuć było kończącą się już jesień. Pochmurne niebo zapowiadało deszcz.
-Prowadź.- powiedział ojciec rudowłosych, trzymając kobietę za ramie. Eleonora zamyśliła się trochę. Próbowała coś wymyślić. Ostatnio byli blisko Ker-Paravalu, więc pewnie teraz się gdzieś oddalili.
-Do cytadeli.- odrzekła i ruszyła chwiejnym krokiem.
-Co z nimi zrobiłaś?- spytał rybak.
-Nic. Uciekli, ale miałam ich pod stałą obserwacją.- odrzekła. Nagle poczuli krople deszczu. Rybak zaklną głośno.
-Lepiej idźmy szybciej. powiedziała Eleonora i przyspieszyła.
Po jakimś czasie deszcz lał, a wiatr wiał im w oczy. Byli już blisko wioski przy cytadeli, więc stwierdzili, że nie ma sensu się gdzieś ukrywać i czekać. W końcu, mimo niesprzyjającej pogody dotarli do wioski.
-Gdzie teraz?- spytał rybak. Eleonora przełknęła ślinę i zamyśliła się. W końcu uznała, że poszliby do lasu, poza tym tam miała większe szanse na ucieczkę.
-Do zakazanego lasu.- powiedziała z uśmiechem. Myślała, że mężczyźni przerażą się legendy i zostawią ją w spokoju. Nawet nie wiedziała jak bardzo się pomyliła. Mężczyźni pociągnęli ją za sobą do lasu. Tam znaleźli polanę z jaskinią przy której stał chłopak o ciemnych włosach. Gdy tylko ich zauważył wyciągnął miecz i podszedł do nich bliżej. Eleonora otworzyła szeroko oczy gdy tylko zobaczyła jego twarz. Oni faktycznie tu byli.
-Czego tu szukacie?- spytał ostro.
-Schowaj ten mieczyk marny rycerzyku.- odezwał się ojciec rudowłosych i przekazał Eleonorę rybakowi.
-Marny rycerzyk?- spytał urażonym głosem chłopak. –Zaraz zobaczymy.- zamachnął się. Ostrze przeleciało tuż nad głową mężczyzny.
-Czyli tak chcesz się bawić?- rybak podał mu miecz i rozpoczęła się walka. Miecz ciemnowłosego chłopaka przeleciał tuż nad głową mężczyzny, skracając mu przy tym brązowe włosy. Byli na bardzo wyrównanym poziomie. Żaden z nich nie zamierzał się poddawać, co chwila ich miecze zderzały się robiąc przy tym nieprzyjemny hałas. W końcu ciemnowłosy chłopak nie wytrzymał i postanowił dać z siebie wszystko.
-Tylko nie rób mu tego co z moim najlepszym rycerzem Edmundzie.- powiedziała Eleonora.
-Niby czemu?- powiedział zaciskając zęby. Kobieta tylko się zaśmiała. Ojciec rudowłosych popatrzył na nią. Nagle leżał na ziemi, a nad nim stał Edmund, gotowy do wbicia mu miecza prosto w serce.
-Co tu się dzieje?- usłyszeli głos Liliany. Rudowłosa podbiegła bliżej do walczących i popatrzyła na twarz leżącego na ziemi mężczyzny. Dziewczyna natychmiast popchnęła zdezorientowanego Edmunda na ziemię. Popatrzyła na chłopaka po czym pomogła wstać leżącemu na ziemi mężczyźnie.
-Co ty tu robisz?- spytała ze zdziwieniem i objęła mężczyznę.


-Myśleliśmy, że nie żyjesz, ale kiedy Cyntia powiedziała nam, że byłaś w domu, zacząłem mieć nadzieję, że się odnajdziesz. A potem jeszcze zaginęła gdzieś mała no i zacząłem szukać. Matce oczywiście było wszystko jedno, bo według niej jesteście tymi gorszymi, ale udało się. A Cyntia też tu jest?- spytał, obejmując córkę. Edmund patrzył na nich otępiałym wzrokiem.
-Tak. Zaraz ją zawołam, a powiedziała ci coś jeszcze czy tylko, że byłam?- spytała, puszczając ojca.
-Tylko, że masz nowy miecz, a powinienem wiedzieć coś jeszcze?
-Nie, ale chciałam ci się pochwalić. Zobacz jakie to cudo, a ja pójdę po Cyntię. Albo może lepiej chodźcie do środka, deszcz pada już mniej, ale nadal nie jest zbyt przyjemnie.- powiedziała, wręczając ojcu miecz, po czym pomogła wstać Edmundowi, który z tego wszystkiego nawet zapomniał, że leży.
Zeszli po kamiennych schodach do środka jaskini, po czym zasunęli wejście. Tam palił się miły ogień. Wszędzie było pełno różnych stworzeń, o których istnieniu dawno już wszyscy zapomnieli.
-Tata!- krzyknęła uradowana Cyntia, rzucając się na ojca. Reszta uśmiechnęła się do nich przyjaźnie, dopiero gdy zauważyli Eleonorę, ich miny zrzedły. Ava chwyciła za łuk i strzały, jednak Piotr wyrwał jej z rąk broń i odłożył.
-Po co ją przyprowadziliście?- spytał sucho blondyn.
-Miała wskazać nam drogę.- odpowiedział rybak.
-Zakuć ją w kajdany.- powiedział Piotr, siadając na ziemi, obok Avy. Ojciec Liliany uśmiechnął się na te słowa. Rybak oddał Eleonorę Zuchonowi, który zaprowadził ją korytarzem do małego pomieszczenia. Reszta została przy ognisku.
-Damien?- spytał nagle rybak. –Ty leniwy kmiocie! Ty tu się obijasz, a pracować nie ma komu!
-Proszę tak na niego nie mówić!- krzyknęła Łucja, podnosząc się z ziemi. Rybak popatrzył na nią i natychmiast się uciszył. Otyły mężczyzna, usiadł w kącie i już się więcej nie odzywał.
-To ja pójdę coś przygotować.- powiedziała Liliana.
-Pomóc ci córciu?- spytał jej ojciec.
-Nie... Edmund mi pomoże.- powiedział, chwyciła Sprawiedliwego za ramię i poprowadziła w stronę małego składziku, ale najpierw zleciła faunom przygotowanie czegoś do jedzenia.
-Em... Przepraszam, że prawie zabiłem ci ojca?
-Ciszej trochę.- szepnęła, prowadząc go za stojaki z bronią. –Będziesz miał problem. Och... Czemu nie zgodziłeś się, żeby to Piotr stał na straży? A teraz mój ojciec będzie cię cały czas obserwował kiedy dowie się, że my... Och... Wiesz o co mi chodzi.
-Nie wiem.- chłopak uśmiechnął się chytrze.
-No jesteśmy no... tak jakby razem i...
-Czekaj, czekaj... Tak jakby?
-Jesteśmy razem, a ty jesteś głupi.- szepnęła, waląc go lekko w ramie. Chłopak chwycił dziewczynę w talii i przyciągnął do siebie. Edmund pocałował dziewczynę, gładząc przy okazji jej rude włosy, po czym przytulił ją mocno.
-Nie musi wiedzieć.- szepnął jej do ucha. –Przynajmniej nie teraz.– szepnął puszczając dziewczynę z objęć, jednak ta nadal go nie puszczała.
-Skoro mamy mu nie mówić, to postójmy tak jeszcze kilka minut.- poprosiła przybijając chłopaka do ściany. Sprawiedliwy przewrócił oczami i ponownie objął dziewczynę. Nagle do pomieszczenia wszedł faun. Lekko się zmieszał, miał już coś powiedzieć, ale Edmund dał mu dyskretny sygnał, żeby nic nie mówił. Faun uśmiechnął się lekko i wyszedł.
-Wiesz, zdaje mi się, że jedzenie już jest gotowe. Chodź już lepiej.

*****

Zapadła noc, wszyscy już smacznie spali. Wszyscy prócz Liliany i jej ojca, który w czasie rozmowy z towarzyszami swojej córki zdradził im, że ma na imię Dyzma.
-Mili ci twoi nowi przyjaciele.- szepnął. –Szczególnie ten Piotr, to bardzo dobry chłopak. Pomyśl o nim czasem. Za to ten cały Edmund... To taki mruk i gbur, a do tego chciał mnie zabić. Z nim nie powinnaś rozmawiać. Albo najlepiej nawet na niego nie patrz.
-On nie wiedział kim jesteście, nie powinieneś być aż tak surowy.- szepnęła dziewczyna.
-Czy ja o czymś nie wiem?- spytał i spojrzał na córkę podejrzliwie.
-Nie, tak tylko mówię.- powiedziała, uśmiechając się sztucznie. Dyzma popatrzył jeszcze raz na córkę, po czym odwrócił się na drugi bok. Dziewczyna uczyniła to samo.
Może udało mi się go jakoś przekonać, ale na długo to nie wystarczy. Będę musiała go jakoś przekonać. Wiec albo zrobię coś z Edkiem, żeby przekonać do niego ojca... Albo zrobię coś prostszego i pokażę ojcu, że nie przepadam za Edmundem i jego boskimi brązowymi oczami...”- pomyślała rudowłosa. Lubiła przypominać sobie sposób w jaki chłopak na nią patrzy. Mogłaby patrzeć w jego brązowe oczy godzinami. Czuła, że kryje się w nich więcej tajemnic niż jest w stanie pojąć.
Minęło już trochę czasu. Dyzma smacznie już chrapał, jednak Liliana, nadal leżała rozmarzona. Nagle poczuła czyjąś rękę na swojej twarzy. Ktoś ją podniósł i prowadził na zewnątrz. Dziewczyna zachowała jednak spokój. Gdy tylko poczuła, że nikt już jej nie trzyma, odwróciła się i skoczyła na, jak myślała, wroga. Ujrzała rozbawioną twarz Edmunda skąpaną w świetle księżyca.
-Głupi jesteś. Wystraszyłeś mnie.- powiedziała wstając z chłopaka i podając mu rękę.
-Już więcej nie będę.
-Jaaaasne... I tak wiem, że będziesz. Za którymś razem oberwiesz po głowie.
-Wolałbym, żebyś się na mnie rzuciła i powiedziała, jaki to jestem romantyczny. Tak przynajmniej jest w filmach.- powiedział przeczesując palcami włosy.
-Co to są filmy?- spytała zdezorientowana dziewczyna. Edmund kompletnie zapomniał, że Liliana nigdy nie była w Anglii.
-To takie jakby kłamanie na ruszających się obrazach.- powiedział łapiąc się za głowę.
-Jak widzisz, nie działa.- dziewczyna skrzyżowała ręce na piersi i popatrzyła krytycznym wzrokiem na chłopaka. –Z resztą nie ważne. Mam pewien głupi pomysł. Dopóki nie przekonasz jakoś do siebie mojego ojca, nie będę dla ciebie zbyt miła.
-To jest aż tak głupie, że może się udać. Lili! Jesteś genialna!- powiedział i objął mocno dziewczynę, unosząc ją przy tym.
-Wiem. Ktoś przecież musi. A teraz mnie postaw.- chłopak posłusznie odstawił ją na ziemię. Noc była pochmurna, ale bardzo piękna. 


Jednak Edmund nie skupiał się, na pięknie nocy, a bardziej na rudowłosej skąpanej w świetle księżyca. Jej oczy świeciły się bardziej niż zwykle. Włosy związane w kucyk, rozwiewał wiatr. Dziewczyna patrzyła w niego, do momentu gdy poczuła rękę Edmunda na swojej talii. Ponownie mogła zatopić wzrok w brązowych oczach Sprawiedliwego. Nie zauważyła nawet, że chłopak rozpuścił jej włosy. Dziewczyna przysunęła się bliżej. Od chłopaka biło niesamowite ciepło. Dziewczyna czuła się przy nim wyjątkowo bezpiecznie, choć dobrze wiedziała, że sama dałaby radę się obronić. Nagle spuściła wzrok na ziemię.
-Co się stało?- spytał unosząc delikatnie jej twarz.
-Co będzie jak wrócicie do swojego świata, do tego gdzie są te filmy?- spytała, a w jej oczach zebrały się łzy. Edmund również posmutniał.
-Ja... Nie wiem. Nie przejmujmy się tym teraz. Cokolwiek się stanie, wiedz, że cię kocham.- powiedział ocierając łzę z policzka dziewczyny.
-Ja ciebie też.- powiedziała, dotknęła jego twarzy i przyciągnęła ją do swojej. Chłopak chwycił dziewczynę w talii obiema rękami, a ich usta spotkały się w pocałunku.
______________________________
Moja wena mnie przeraża. Co z tobą nie tak?! Ostatnio mam chęci i wenę do pisania. YAY ^^!
Czy chciałam się wyżalić z czegoś? Nie, tylko napisać, że moja wychowawczyni nie pozwala czytać książek na godzinie wychowawczej, kiedy gada o wycieczce na którą nie jadę. Ja nie chcę tracić czasu na gapienie się w sufit, a ona jeszcze mi powie, że mi się w głowie poprzewracało. Nice. 
A, no i jeszcze postanowiłam, że będę pisała po tym opowiadanku fanfiction o Digorym i Poli. Tak, znowu Narnia, ale uwielbiam tą część, a poza tym była tylko jedna (no pojawili się też w ostatniej, a Digory w pierwszej wydanej, ale to się nie liczy). Stwierdziłam, że pisanie ff o serialu, którego trzeci sezon niedługo pojawi się w polskiej telewizji nie ma sensu. Czekają mnie godziny przeszukiwania internetu, żeby znaleźć "obsadę". Mówi się trudno C:
Do zobaczenia w komentarzach!

~Zjawa

środa, 21 października 2015

ROZDZIAŁ XXV


Cyntia uważała, że to niezbyt odpowiedzialne ze strony Zuchona, że dał czternastolatce ostre narzędzie. Dziewczyna mimo to czuła się dobrze, bo już nie raz miała do czynienia z bronią. Kiedyś razem z Lilianą, wymykały się wieczorami z domu, by poćwiczyć walkę. Dziewczynom nigdy nic się nie działo, jedyną osobą, która zawsze obrywała był Damien. Chłopak zawsze mógł wychodzić z domu kiedy chce. W sumie to on nawet nie miał domu. Po opuszczeniu Archenlandii znalazł pracę u jakiegoś rybaka, który nie pozwalał mu u siebie mieszkać. Chłopak włamywał się więc do stajni lub innych przydomowych budynków i tam spał. Trzy lata temu obrał sobie za cel składzik przy domu Liliany i jej rodziny. Damiena nakryła jednak Cyntia. Dziewczyna stwierdziła jednak, że mu pomoże. Jakieś dwa lata temu zapoznała go z Lilianą i młodsza musiała usunąć się w cień. Cyntia do tej pory miała żal do siostry, że ta zabrała jej przyjaciela. Nie była to oczywiście jej wina, bo Damien pewnego czasu podkochiwał się w rudowłosej Lilianie, o czym Cyntia nie wiedziała.
-Ekhem... Młoda, nie bujaj teraz w obłokach. Działaj.- szepnął Zuchon. Dziewczyna otrząsnęła się i podeszła do krat celi.
-E! Głąby!- krzyknęła. Pijani strażnicy odwrócili się niezgrabnie. –I tak nie wygracie. Wasza głupia przywódczyni nie da sobie rady z królem Kaspianem!
-A cto... nipby czem...?- wymamrotał jeden z nich.
-Bo jest jednym chodzącym uosobieniem głupoty i do tego jej podwładni to idioci!
-Tsco...?! Lepij to odsczekaj!- krzyknął drugi i podszedł do krat.
-Dalej idioto!- krzyknęła i plunęła mi na maskę. Mężczyzna rozzłościł się, otworzył celę i wszedł do środka. Próbował wyciągnąć miecz, ale po chwili jęknął z bólu. Cyntia dźgnęła go w brzuch, po czym zabrała jego klucze oraz broń i podeszła do drugiego ze strażników. Ten również jęknął i padł na ziemię.
-Lepiej wracaj do celi, jeżeli nie chcesz kłopotów.- usłyszała nad sobą głos mężczyzny. Był to Aban, który władał Narnią wraz z Eleonorą. Dziewczyna uniosła głowę i uśmiechnęła się.
-Nie.- odparła radośnie i wymierzyła mu cios w ramię. Mężczyzna spojrzał na nią ze zdziwieniem. Aban wyciągną swój miecz i natarł na dziewczynę, która zgrabnie uniknęła ciosu. Cyntia wykorzystała to, że stoi z tyłu i walnęła go rękojeścią w plecy. Mężczyzna uchylił się by złapać powietrze. Dziewczyna nie czekała na jego ruch. Rzuciła miecz, wyciągnęła nóż, który dał jej Zuchon i skoczyła Abanowi na plecy.
-Z..ze..zejdź... ze...ze mnie...e...- wydusił.
-Robi się.- odparła i przyłożyła mu nóż do szyi. Po chwili stała już na ziemi nad jego martwym ciałem. Więźniowie patrzyli na jej poplamione krwią ręce. –Sam nie mogłeś tego zrobić?- zwróciła się w stronę Zuchona. –Żaden z was nie mógł?- spytała resztę więźniów powstrzymując łzy.
-Ja mam rękę przykutą do krat.- mruknął Zuchon. Dziewczyna przyjrzała się lepiej ręce karła. Faktycznie był przykuty. Podeszła do jego celi, otworzyła ją, a następnie zajęła się kajdanami.
-Co dalej?- spytała.
-Ich też otwórz. Znam wyjścia, których ta baba nie zna.- rzekł Zuchon z ulgą. W końcu miał wolną rękę. Dziewczyna, wraz z pomocą Ryczypiska, posłusznie wypuściła więźniów, którzy są lojalni Kaspianowi. Karzeł w tym czasie zabrał bronie strażników i Abana. Zuchon rozglądał się jeszcze i postukiwał w każdą cegłę. Po chwili wygał z siebie zadowolone mruknięcie.
-Za mną.- oznajmił.
-Przez ścianę raczej nie przejdziemy.- powiedziała Cyndia, nakładając pas Abana, po czym włożyła miecz i nóż do pochwy przyszytej do paska. Zuchon uśmiechną się figlarnie i pchnął ścianę. Oczom wszystkich ukazał się tunel. Karzeł poszedł przodem, a za nim dziarsko wkroczyła Cyntia z Ryczypiskiem na ramieniu. Gdy wszyscy weszli już do tunelu, ceglane drzwi zatrzasnęły się nie robiąc praktycznie żadnego hałasu. Tunel był dość wysoki i szeroki. Cyntia przypuszczała, że stworzono go na wypadek, gdyby jacyś zbuntowani poddanie wsadzili króla do więzienia. I to zadziałało by, gdyby tylko król był w odpowiedniej celi, a była nią cela Zuchona. Ryczypisk pewnie dawno by już zwiał, gdyby nie fakt, że w celi w której był, były kraty przez które nawet dłoń Cyntii nie chciała się przecisnąć, a co dopiero ogromna mysz. Tutaj szli swobodnie za karłem. Zuchon przy każdym zakręcie przystawał i myślał, a potem zazwyczaj wybierał lewą drogę. Szli tak około dwóch godzin, aż w końcu ujrzeli schody na powierzchnię. Cyntia odepchnęła Zuchona od schodów. Sama weszła po nich i otworzyła drewnianą klapę. Do tunelu wleciało światło księżyca.
-Znam to miejsce. To las przy cytadeli. Za mną!- zarządziła i pobiegła przed siebie. Zza drzwi zobaczyła dwie męskie sylwetki. Podeszła do nich bliżej. Teraz lepiej widziała twarz Kaspiana.
-Witam waszą wysokość.- ukłoniła się zgrabnie.
-Wybacz to pytanie, ale czy ja cię skądś nie znam?- spytał stojący obok Telmara blondyn.
-Z kim wy gadacie po nocach?- głowę z jaskini wystawił do nich zaspany chłopak.
-Z jakąś dziewczyną, której imienia nie znamy.- odparł Kaspian.
-Cyntia.- odrzekła, rozpuszczając rude warkocze.
-Cyntia?!- spytał głośno i wybiegł z jaskini. Podbiegł bliżej. –Cyntia!- krzyknął znowu i odjął mocno dziewczynę.
-Damien, dusisz.- powiedziała i walnęła go w głowę. Archnalandczyk natychmiast puścił dziewczynę i złapał się za głowę. Zaraz wyszła reszta towarzyszy. Byli zaspani i źli, że ich obudzono.
-Jest środek nocy. Możecie z łaski swojej się tak nie drzeć?- wymamrotała Liliana.
-Z łaski swojej to powinnaś się cieszyć. Przyprowadziłam wam pomoc.- Cyntia uśmiechnęła się i odwróciła w stronę lasu. Między drzewami  można było dostrzec światła pochodni, a zaraz na polanie pojawił się Zuchon i Ryczypisk, a po nich reszta uwolnionych więźniów. Kaspian, Piotr i Damien otworzyli usta ze zdziwienia.
-Widać, że to twoja siostra.- szepnął Lilianie Edmund. Rudowłosa uśmiechnęła się z lekkim triumfem.
-Będziemy tak tutaj stać, czy możemy już się zdrzemnąć?- mruknął Zuchon.
-Lubię gościa.- powiedziała zaspana Ava. –Ma dobre pomysły, w przeciwieństwie do ciebie idioto.- poklepała Piotra po ramieniu i wróciła do jaskini.

*****

Ava obudziła się z samego rana, gdy wszyscy jeszcze spali. Dziewczyna przetarła tylko oczy i wstała najciszej jak mogła. Wyszła na polanę. Piękniejszego poranka nie mogła sobie wyobrazić, słońce ogrzewało jej twarz, lekki wiatr chłodził i ta cisza, którą przerywał śpiew ptaków. Jedyną rzeczą, która psuła dziewczynie ten obrazek, był Piotr stojący pod drzewem. Dziewczyna uznała, że będzie to idealna okazja by wypytać o to, kogo mu przypomina. Przybrała flirciarski wyraz twarzy i podeszła do blondyna.
-Cześć Piotruś.- powiedziała wymuszonym słodkim głosem i oparła się o drzewo.
-Piotruś?- spytał rozbawiony.
-Jesteśmy sami, więc nie muszę się hamować.- powiedziała kładąc głowę na jego ramieniu. Piotr otworzył szerzej oczy ze zdziwienia. Dziewczyna zabrała głowę z jego ramienia i zaczęła gładzić chłopaka po policzku. Przy okazji wpatrywała się w jego niebieskie oczy, które zdawały się być coraz bardziej zdziwione i przerażone, jednak im twarz dziewczyny była bliżej tym te uczucia znikały.
-To może powiesz mi kto jest tak samo uparty jak ja?- szepnęła, gdy ich usta były niebezpiecznie blisko.
-Mogłem się tego spodziewać. Ty nigdy nie jesteś miła. Sara. Miała na imię Sara. Była równie uparta co ty, ale miałyście jeszcze jedną wspólną rzecz.- powiedział odchodząc trochę od drzewa i Avy.
-Mianowicie?
-Obie próbowałyście mnie zabić. Tyle, że ona mnie nie nienawidziła, wręcz przeciwnie. Miała w tym zupełnie inny cel, ale to dość długa historia. Walczyła lepiej niż nie jeden rycerz, a przy tym dobrze wyglądała.
-Urocze.- powiedziała pod nosem.
-Co jest urocze?
-To jak o niej mówisz. Też chciałabym by ktoś tak o mnie mówił.- powiedziała z niewymuszonym uśmiechem i z lekkością w głosie. Piotr popatrzył na nią. Wyglądała zupełnie inaczej niż zwykle. Miała rozmarzony wzrok i delikatny, aczkolwiek szczery uśmiech.
-Ktoś na pewno kiedyś tak powie, wystarczy, że trochę poczekasz, no i będziesz milsza.
-Ha. Ha. Nie śmieszne. Ty to wiesz jak pocieszyć kobietę.- zaśmiała się. Rozmowę pary blondynów przerwały głosy wychodzących z jaskini towarzyszy.
-Jesteś idiotą Piotr!- krzyknęła, po czym uśmiechnęła się porozumiewawczo i podeszła do reszty. Blondyn przewrócił oczami i podszedł do nich leniwym krokiem. Wszyscy uważnie słuchali Zuzanny, która przedstawiała plan ataku. Piotr przysłuchiwał się uważnie siostrze. W Złotym Wieku zdarzało się, że pomagała mu i Edmundowi w sprawach strategicznych, więc nie specjalnie dziwił się, że coś wymyśliła. Bardziej był zaskoczony tym, że sam nie wymyśliłby lepszego planu.
-Też mogłabym pomóc.- odezwała się pewnie Cyntia.
-Nie obraź się, ale jesteś za mała na takie bitwy.- powiedziała Łucja. Edmund próbował powstrzymać śmiech na widok twarzy siostry. W oczach młodszej Pevensie tliła się zazdrość, najprawdopodobniej za wczorajszy uścisk Damiena i Cyntii. Poza tym Mężna była zaledwie o rok starsza od dziewczyny.
-Wiesz, wczoraj załatwiłam trzech mężczyzn bez niczyjej pomocy, więc chyba dam sobie radę.  Znalazła się królowa od wydawania rozkazów.- prychnęła. Liliana walnęła dyskretnie siostrę w ramię.
-Właściwie to, to jest ta legendarna czwórka władców Narnii. Czytałaś o tym.- szepnęła. Wzrok Cyntii skakał z Zuzanny na Piotra, potem na Edmunda, aż w końcu zatrzymał się na Łucji.
-I co w związku z tym? I tak mogę się przydać. Dam sobie radę.
-W to nie wątpię.- powiedział Damien. Łucja spiorunowała chłopaka wzrokiem, ale on zdawał się nie zwracać na to uwagi i kontynuował. –Zanim zleci się tu reszta Narnijczykówi to możemy trenować, a nawet musimy. Chyba, że wolicie umrzeć w co wątpię.
-Czyli postanowione. Wszyscy ruszają tyłki i trenują!- krzyknęła Zuzanna chwytając stój łuk.



*****

Zamach. Unik. I tak co chwila. Liliana i Edmund walczyli do momentu aż ktoś nie upadnie, z resztą jak wszyscy inni. Jednak od czasu kiedy zaczęli, żadne z nich nie myślało o upadaniu, mimo, że byli już bardzo zmęczeni. Edmund wziął zamach i w końcu udało mu się przewrócić dziewczynę. Rudowłosa od razu złapała się za brzuch. Przerażony brązowooki podbiegł do dziewczyny, pomógł usiąść i objął ją mocno. Nagle leżał na ziemi, a na nim siedziała Liliana z triumfalnym uśmiechem.
-Wygrałam.- powiedziała nachylając się trochę nad twarzą chłopaka.
-To było oszustwo.
-Przyznaj po prostu, że cię pokonałam.- powiedziała schodząc z Edmunda, po czym podała mu rękę. Sprawiedliwy wolał jednak wstać sam.
-Poradzę sobie.- uśmiechnął się przy okazji wpatrując się w oczy dziewczyny. Emanowała z nich radość większa niż zwykle. Z resztą nie tylko oczy, cała Liliana była szczęśliwsza niż zwykle.
-Mogę ci zadać pytanie?- spytał niepewnie.
-Oczywiście.
-Ostatnio byłaś taka przygnębiona, a teraz jesteś szczęśliwa jak nigdy i...
-Wszystko w porządku. Wiem, że Aeron nade mną czuwa. Poza tym nie chciałby bym całymi dniami płakała z jego powodu. Ja to wygram, dla niego.- powiedziała z uśmiechem na twarzy, gdy nagle przed ich oczami przeleciał nóż i wbił się w drzewo. Usłyszeli tylko jak ktoś odbiega od nich.
-Cyntia! I tak cię znajdę choćbyś ukryła się w Kalormenie!- krzyknęła rudowłosa i pobiegła szukać siostry.

*****

-Nie ruszaj się.- szepnęła Cyntia i schowała się za Damienem. –Zuchon uczył mnie jak rzucać nożem no i rzuciłam. Nawet im się nic nie stało, ale oczywiście to moja wina.- powiedziała wychodząc zza pleców chłopaka i stanęła przed nim z szerokim uśmiechem.
-Może powinienem dać ci łuk?
-Nie, wolę miecz. Czuję się wtedy pewniej.
-Ja czuję się głupio. Zachowujesz się poważniej niż ja, a to ja jestem starszy.
-Pójdziesz ze mną do wioski? Musze się przebrać i przy okazji zabierzemy coś do jedzenia i picia.- powiedziała po chwili milczenia robiąc proszącą minę, która na widok idącej w ich kierunku Łucji natychmiast zniknęła z twarzy. –To znaczy, o ile twoja paniusia ci pozwoli.- prychnęła. Mężna gdy tylko podeszła chwyciła Archenlandczyka za rękę i pocałowała w policzek, po czym spiorunowała Cyntię wzrokiem. Na młodszej siostrze Liliany nie zrobiło to jednak najmniejszego wrażenia.
-Twoja siostra cię szuka.- prychnęła Łucja.
-Wiem, a teraz przepraszam, ale idę tam gdzie ciebie nie ma.- powiedziała Cyntia, po czym odeszła od Archenlandczyka i dziewczyny. Nie zdążyła jeszcze dobrze poznać przyjaciół Liliany, a już wiedziała, że raczej ich nie polubi, szczególnie jej. Uważała ją za nadętą dziewczynę, która uważa się może nawet za samego Aslana, w którego istnienie Cyntia nie do końca wierzyła. Wydawało jej się dziwne, że tą krainą rządzi lew. Uważała to za co najmniej niedorzeczne i dziwne.
Dziewczyna obejrzała się za siebie, by zobaczyć czy Łucja już oddaliła się od Damiena. Miała rację, Mężnej już tam nie było. Cyntia przewróciła oczami. Nagle wpadła na kogoś. Poczuła najpierw materiał koszuli, a potem czyjeś ręce na ramionach, które skutecznie ją odepchnęły. Popatrzyła wyżej i ujrzała twarz Edmunda.
-Nie musisz już uciekać. Zuchon wyjaśnił sprawę i teraz Lili się na nim wyżywa, że mogłaś nas zabić i takie tam.- powiedział z uśmiechem na twarzy.
-Jasne. Przepraszam, nie powinien dawać mi ostrych narzędzi i pokazywać mi jak rzucać nożem między ludzi.- powiedziała po czym zapanowała niezręczna cisza. –To ja idę, a ty wracaj do mojej siostry.- powiedziała, cofając się delikatnie i wolno do tyłu, co po chwili zamieniło się w szaleńczy bieg. Nagle znowu poczuła czyjeś ciało przy swojej twarzy.
-Powinnam czasem patrzeć przed siebie.- mruknęła i szybko odepchnęła się od osoby na którą wpadła.
-Powinnaś, ale gdzie ty tam chciałaś iść?- spytał Damien.
-Do wioski po jakieś jedzenie i ubrania. Czyli, że idziesz ze mną?
-No tak.
-To na co czekamy. Za mną.- powiedziała i popędziła w las.

*****

Cisza opanowała całą polanę. Wszyscy byli wykończeni ćwiczeniami i ani myśleli o rozmowach. Rozkoszowali się ciszą. Zuzanna czyściła swój róg, Ava i Piotr gapili się w ziemię, Kaspian przyglądał się uważnie Łagodnej, Liliana i Edmund czyścili swoje bronie, a pozostali leżeli lub spali na ziemi. Powietrze wydawało się bardziej rześkie niż zwykle, a wieczorne słońce cieplejsze. Nawet gdy Cyntia i Damien wrócili z jedzeniem zachowywali się cicho. Dzień powoli się już kończył. Nic nie wskazywało na to, że ma się wydarzyć coś jeszcze, a jednak. Usłyszeli dudnienie. Wszyscy natychmiast się podnieśli i wzięli swoje bronie. Z lasu nie wyłonili się jednak wrogowie, ale Narnijczycy. Zaczynając od centaurów, przez karły, kończąc na mówiących zwierzętach.
-Zostaliśmy wezwani głosem Rogu Królowej Zuzanny. Przybyliśmy by odbić i chronić Narnię.- powiedział jeden z centaurów. Po tych słowach Narnijczycy pokłonili się królom i królowym.
-Nieźle...- szepnęła Ava pod nosem. Narnijczyków było mnóstwo. Ten widok zapierał dech. Wszystkich ogarnęło uczucie szczęścia. Rodzeństwo Pevensie popatrzyło na siebie.
-Wygramy to. Za Narnię i za Aslana!- krzyknął Piotr, a zaraz po nim rozległy się okrzyki radości i chęci walki.

*****

Eleonora stała nad mapą. Co chwila przesuwała jakieś oddziały. Z jej oczu biła wściekłość. Uciekli cenni więźniowie, którzy znali zamek jak mało kto, którzy wiedzieli o rzeczach niedostępnych, ukrytych gdzieś w zamku. Nie bardzo przejmowała się śmiercią Abana, wręcz przeciwnie. Cieszyła się i liczyła, że Jasir i Kalormeńczcy opuszczą już Narnię. Chciała władać krainą jak chce, a że ich władca nie żyje to po co mają się tu gnieździć. Nagle drzwi się otworzyły, a w nich stał Jasir. Wyglądał na bardzo zadowolonego.
-Witaj.- powiedział z wyjątkową radością w głosie. –Czyż to nie wspaniały dzień? Nie będziesz musiała nas już więcej widzieć!
-Czyli się wynosicie? Fantastycznie.- oznajmiła krzyżując ręce na piersiach.
-Och! Nie my! Ty się wynosisz.
-Co?!- krzyknęła. Do pomieszczenia weszło dwóch umięśnionych Kalormeńczyków. Chwycili Eleonorę. Kobieta zaczęła się szarpać, kopać, a nawet gryźć. Wszystko zdało się na nic. Mężczyźni wynieśli ją z pokoju ku uciesze Jasira. Mężczyzna zaśmiał się pod nosem i wyjrzał przez drzwi. Eleonorę prowadzono do więzienia. Było tam pełno krwi, a nawet w kącie leżały jeszcze ciała. Serce kobiety zadrżało. Więźniowie, którzy nie zostali uwolnieni, patrzyli na nią zabójczym wzrokiem. Czuła, że gdy tylko Kalormeńczycy wsadzą ją do celi i odejdą, zostanie zmasakrowana przez więźniów. Serce zaczęło bić jej szybciej. Nagle poczuła brudną, kamienną podłogę i usłyszała skrzypnięcie zamykanych drzwi. Wstała i natychmiast podeszła do nich, łapiąc za zimne, metalowe kraty.
-Wy... Wy... Głupcy! Kłamcy!- krzyknęła.
-Ta... A ty niby taka dobra jesteś?- odezwał się jeden z więźniów. Nie wyglądał zbyt przyjaźnie, z resztą tak samo jak reszta. Był otyłym, łysym mężczyzną o okropnych, świdrujących oczach. Czuła jak przeszywa ją na wylot. Serce biło jej coraz szybciej. Pobladła i usiadła w kącie na ziemi. Skuliła się i schowała głowę.
-Nie próbuj uciekać, nic ci to nie da. Gdy tylko nadarzy się okazja, gdy tylko zaśniesz... Zaśniesz na wieki.- powiedział łysy mężczyzna, po czym zaśmiał się złowrogo. –Za to co nam zrobiłaś, nam wszystkim, powinnaś cierpieć, umierać w męczarniach.- podszedł do niej, złapał za ramię i podniósł. –Rozumiesz?
-Tak...- powiedziała cicho.
-Rozumiesz?!- ryknął potrząsając kobietą.
-Tak!
-No... I tak ma być.- powiedział rzucając ją na ziemię.
-Odpuść. Jeszcze się nam przyda, do ucieczki.- odezwał się stojący przy ścianie mężczyzna. Miał potargane brązowe włosy, przysłaniające mu twarz, a jego głos był głęboki. –Oczywiście gdy tylko się stąd wydostaniemy, nie będę cię powstrzymywał. Nawet więcej, pomogę ci. Wiem, że coś zrobiła moim córkom i temu chłopakowi co u ciebie pracował. Temu Archnlandczykowi. Jak mu tam było?
-Damien.- powiedział otyły mężczyzna, drapiąc się po łysinie.
-Chodzi wam o Damiena i te dwie rude?- Eleonora podniosła na nich wzrok, a na jej twarzy pojawił się uśmiech, godny najgorszego krętacza.
-One mają imiona.- odezwał się mężczyzna o głębokim głosie.
-Nieważne, liczy się tylko to, że nie możecie mnie zabić.- uśmiechnęła się szyderczo, rozwalając przy tym swój wysoki kok.
-Niby czemu?
-Bo tylko ja wiem gdzie oni są.- oczywiście blefowała, tak samo jak oni nie miała pojęcia co dzieje się z Lilianą, Cyntią i Damienem. Chciała tylko ochronić swoje życie, a potem uciec i zaszyć się gdzieś w lesie. Nie bała się, bo nie raz już oszukiwała ludzi.
-Skoro tak, to musimy cię oszczędzić. Na razie. Gdy tylko spróbujesz nas oszukać w choćby najmniejszy sposób, pozbędziemy się ciebie. Mam nadzieję, że rozumiesz?- spytał otyły mężczyzna, przykładając pięść do jej twarzy.
-Oczywiście.- przełknęła ślinę.
-Cieszę się.- odpowiedział, oddalając pięść od jej twarzy. 
_____________________________
Serio weno? Serio? To mają być jakieś żarty? Myślałam, że przez brak weny i wieczne kartkówki w szkole pisanie tego rozdziału zajmie mi z 2 tygodnie. Pomyliłam się. Miałam wenę, a przez cały tydzień zero kartkówek. Dzięki świecie!
Dobra, dość tego. To chyba w sumie nawet lepiej, że miałam wenę. Ale nie o tym chciałam teraz pisać. Jak widać zbliża się bitwa o Narnię, a po bitwie opisze pewnie dwa, trzy dni z ich życia i będzie koniec. Kończący się koniec. No i oczywiście zastanawiam się o czym pisać dalej i czy w ogóle pisać. Mam dwie opcje, jeżeli będę. Agents of S.H.I.E.L.D albo OzN: Siostrzeniec Czarodzieja. Czyli oba są ff. Na oba mam pomysły, ale tylko do Marvelowskiego serialu mam "obsadę". Ale myślę, że brak wyglądu bohaterów do Siostrzeńca, nie robiłby aż takiego problemu. I w sumie to nie wiem o czym pisać. Chciałam was tylko powiadomić mniej więcej o moich planach :)
To do zobaczenia w komentarzach :)

~Zjawa

.
.
.
.
.
.
template by oreuis